Chiny znowu robią coś, czego Europa jeszcze się uczy

Przez ostatnie lata rynek magazynów energii nauczył nas patrzeć przede wszystkim na dwie liczby: MW i MWh.
Dyskusja koncentrowała się na mocy, pojemności, czasie pracy, technologii ogniw i oczywiście CAPEX-ie.
Tymczasem w Chinach dzieje się coś, co pokazuje, że za chwilę możemy zacząć zadawać zupełnie inne pytania.
W Mongolii rozwijane są projekty magazynowe o skali liczonej już w gigawatach. Program DongSu ma osiągnąć
1 GW mocy i 4 GWh pojemności, a jego część obejmuje rozwiązania grid-forming.
Skala robi wrażenie, ale 4 GWh nie jest tutaj najważniejszą liczbą. Znacznie ciekawsze jest to, co taki magazyn ma robić dla systemu elektroenergetycznego.

Chiny zaczynają bowiem traktować BESS nie tylko jako miejsce, w którym przechowuje się energię, ale jako element infrastruktury odpowiedzialnej za stabilność sieci.
Tutaj właśnie zaczyna się kolejny Power Shift.

BESS przestaje być tylko magazynem
Większość działających dziś instalacji OZE i duża część magazynów wykorzystuje rozwiązania typu grid-following – urządzenie „widzi” parametry istniejącej sieci i się do nich dostosowuje. Model ten działa dobrze, dopóki w systemie jest wystarczająco dużo źródeł synchronicznych, zapewniających m.in. bezwładność oraz wsparcie częstotliwości i napięcia.
Wraz ze wzrostem udziału PV i wiatru oraz spadkiem udziału źródeł synchronicznych system stopniowo traci część tych właściwości. Właśnie tutaj pojawia się grid-forming. Odpowiednio zaprojektowany BESS może nie tylko reagować na sieć, ale aktywnie uczestniczyć w kształtowaniu napięcia i częstotliwości, szybko odpowiadać na zakłócenia i zapewniać syntetyczną bezwładność.
To już nie jest wyłącznie model: naładuj baterię, kiedy energia jest tania, a rozładuj, kiedy jest droga. Magazyn zaczyna pełnić inną funkcję – pomaga utrzymać system energetyczny w stabilnej pracy.

Chiny nie budują jednego eksperymentu
Gdyby DongSu był pojedynczym projektem, można byłoby potraktować go jako kolejną technologiczną ciekawostkę. Problem w tym, że podobnych sygnałów jest więcej.
W Ordos uruchomiono 300 MW / 1,2 GWh hybrydowego magazynu wykorzystującego baterie LFP oraz baterie przepływowe wanadowe. Zastosowano tam rozwiązania grid-forming, a sam projekt jest częścią znacznie większego programu magazynowego o skali 3 GW / 12,8 GWh.
To zaczyna wyglądać nie jak seria rekordów, ale jak kierunek rozwoju całego systemu.
Jeszcze wyraźniej widać to w chińskich planach na lata 2026–2030. Chiny zakładają około 3,5 TW całkowitej mocy OZE do 2030 roku, z czego ponad 2,8 TW ma przypadać na wiatr i fotowoltaikę.
Przy takiej skali magazyn przestaje być dodatkiem do transformacji energetycznej i staje się jednym z kluczowych elementów umożliwiających jej dalszą skalę.

136 GW - to dopiero początek
Pod koniec 2025 roku Chiny posiadały około 136 GW / 351 GWh nowych technologii magazynowania energii, a w ciągu jednego roku moc wzrosła o 84%.
Jeszcze ciekawsza jest struktura tego rynku. 51,2% skumulowanej mocy stanowiły już magazyny niezależne, a udział projektów o czasie pracy cztery godziny lub więcej wzrósł do 27,6%.
Rynek przestaje więc patrzeć na BESS wyłącznie jak na baterię przeznaczoną do arbitrażu czy szybkich usług częstotliwościowych.
Wraz ze wzrostem udziału PV i wiatru znaczenie ma zarówno czas przechowywania energii, jak i zakres usług świadczonych dla systemu.
Nie chodzi już tylko o więcej BESS, ale o BESS o większej wartości dla systemu.

A Europa?
Europa również szybko rozwija magazyny energii. W 2025 roku europejski rynek dodał około 36 GWh nowych baterii, czyli o 48% więcej niż rok wcześniej, a łączna operacyjna pojemność magazynów bateryjnych przekroczyła po raz pierwszy 100 GWh. Ponad połowa nowych instalacji pochodziła już z segmentu utility-scale.
Prognozy pokazują, że ten wzrost dopiero nabiera tempa. Do 2030 roku roczne instalacje w Europie mogą wzrosnąć do około 138 GWh, a w samej UE flota baterii może osiągnąć około 470 GWh.
Europa zdecydowanie nie przespała więc BESS.
Różnica może znajdować się gdzie indziej.
Chiny coraz wyraźniej projektują magazyny jako element przyszłej architektury systemu, podczas gdy Europa nadal w dużej mierze rozwija rynek BESS jako odpowiedź na problemy obecnego rynku energii.
Arbitraż, rynek mocy, usługi bilansujące, curtailment, ujemne ceny czy co-location z PV są potrzebne i ekonomicznie uzasadnione. Tyle że wraz ze wzrostem udziału OZE kolejny etap może wymagać od magazynów znacznie więcej niż tylko przesuwania energii pomiędzy godzinami.

Europa również widzi ten problem
Nie oznacza to, że Europa nie dostrzega znaczenia grid-forming. ENTSO-E rozwija wymagania techniczne związane z tą technologią, a w europejskim planie prac na 2026 rok znalazło się również przygotowanie Grid-Forming Implementation Roadmap.
Europa idzie więc w tę samą stronę. Różnica nie polega na tym, że Chiny posiadają technologię, której Europa nie zna, ale przede wszystkim na skali i tempie jej wdrażania.
Problem Europy nie polega więc na braku technologii, ale na tym, że regulacje, wymagania przyłączeniowe i modele wynagradzania usług sieciowych dopiero zaczynają nadążać za potrzebami systemu.

2,8 TW OZE zmienia zasady gry
Jeżeli Chiny rzeczywiście zbliżą się do ponad 2,8 TW mocy PV i wiatru w 2030 roku, nie wystarczy zbudować odpowiedniej liczby baterii. Trzeba stworzyć system zdolny stabilnie funkcjonować przy zupełnie innej strukturze generacji.
Przez pierwszą fazę transformacji energetycznej najważniejszym KPI była zainstalowana moc. Później większego znaczenia nabrała energia – ile MWh możemy przesunąć, jak ograniczyć curtailment i wykorzystać zmienność cen.
Teraz pojawia się trzecie pytanie: jak sprawić, żeby system zdominowany przez źródła energoelektroniczne był równie stabilny jak system, który zastępuje?
To pytanie może mieć dla rynku znacznie większe konsekwencje niż kolejny spadek cen ogniw.

Konkurencja przesuwa się z baterii na system
Dzisiaj duża część ekonomiki BESS opiera się na revenue stackingu: arbitrażu, usługach systemowych, rynku mocy czy współpracy z PV. Jeżeli jednak grid-forming zacznie stawać się wymaganym albo premiowanym elementem systemu, pojawi się kolejna warstwa wartości.
Magazyn może przestać być wyłącznie aktywem handlującym energią i stać się aktywem dostarczającym stabilność systemu. To oznacza większe znaczenie PCS, EMS, oprogramowania oraz zdolności do integracji z siecią.
W efekcie jedna z najważniejszych linii konkurencji na rynku BESS może stopniowo przesuwać się z hardware'u w stronę całego systemu.
Pytanie przestanie więc brzmieć wyłącznie: kto ma tańszą baterię?
Znacznie ważniejsze może stać się inne: kto potrafi dostarczyć system, którego sieć rzeczywiście potrzebuje?

Chiny pokazują, co może być następne
Europa ma technologię, projekty, rosnący pipeline BESS i świadomość problemu. Chiny pokazują jednak coś jeszcze – jak szybko można przejść od technologii demonstracyjnej do projektów o skali setek megawatów i gigawatogodzin.
Dlatego najciekawsze w chińskich projektach grid-forming nie są rekordy. Rekordy w chińskiej energetyce mają ostatnio wyjątkowo krótki termin ważności.
Znacznie ważniejsze jest to, co mówią o kierunku rynku.
Przez ostatnią dekadę transformacja energetyczna była przede wszystkim wyścigiem o to, kto zbuduje więcej OZE.
Kolejna może być wyścigiem o coś znacznie trudniejszego: o to, kto zbuduje system, który potrafi z taką ilością OZE stabilnie pracować.
Być może właśnie dlatego historia chińskich magazynów grid-forming nie jest tak naprawdę historią o bateriach.
Jest historią o tym, jak będzie wyglądała następna generacja systemu energetycznego.

Magdalena Jurczuk

Chiny zmieniają zasady na rynku polysiliconu. Co to zmieni w europejskiej PV?

Przez ostatnie lata europejska fotowoltaika korzystała z sytuacji, która z punktu widzenia inwestorów była wyjątkowo komfortowa.
Moduły taniały a moce produkcyjne rosły.
Presja konkurencyjna w Chinach była tak duża, że ceny w wielu segmentach łańcucha PV spadły do poziomów, przy których producenci zaczęli sprzedawać poniżej pełnych kosztów.
Europejska PV przez lata korzystała z efektów tego procesu.

Teraz Pekin próbuje zmienić ten mechanizm
Pod koniec lipca, pod nadzorem chińskich regulatorów, wprowadzono wspólne zasady kalkulacji kosztów dla producentów polysiliconu, wafli, ogniw i modułów.
Szóstego sierpnia ośmiu największych chińskich producentów polysiliconu podpisało inicjatywę zobowiązującą firmy do niesprzedawania produktów poniżej pełnego kosztu produkcji.
Te przedsiębiorstwa odpowiadają za ponad 90% efektywnych chińskich mocy produkcyjnych polysiliconu.
To już nie jest wyłącznie problem kilku nierentownych fabryk.
To próba zmiany mechanizmu, który przez ostatnie lata miał ogromny wpływ na ceny globalnej fotowoltaiki.

Jak znaleźliśmy się w tym miejscu?
Chiński przemysł PV zbudował potencjał produkcyjny znacznie większy niż bieżące zapotrzebowanie rynku.
Według danych China Photovoltaic Industry Association w 2025 roku Chiny wyprodukowały około 1,3 mln ton polysiliconu, 680 GW wafli, 660 GW ogniw oraz 620 GW modułów.
Jednocześnie spadało wykorzystanie części dostępnych mocy produkcyjnych.
Efekt był przewidywalny - walka o udział w rynku zaczęła przypominać walkę o przetrwanie.
Wielu największych chińskich producentów raportowało straty liczone w miliardach juanów, a ceny w części łańcucha znalazły się poniżej poziomów zapewniających rentowność produkcji.
Chińskie władze określają to zjawisko jako „involution-style competition” – destrukcyjną konkurencję wynikającą z nadmiernych mocy i permanentnej presji na obniżanie cen.
W polysiliconie skala presji cenowej jest szczególnie widoczna.
Na początku sierpnia N-type recharge polysilicon w Chinach był kwotowany w przedziale około 31,6–33,5 CNY/kg. Benchmark OPIS China Mono Premium 4 sierpnia wynosił 31,886 CNY/kg, czyli około 4,72 USD/kg.
Dla porównania Global Polysilicon Marker OPIS dla polysiliconu produkowanego poza Chinami wynosił w tym samym czasie 19,227 USD/kg.
Ta różnica dobrze pokazuje skalę rozjazdu pomiędzy chińskim a pozachińskim rynkiem.

Chiny próbują zatrzymać mechanizm, który same napędzały
Nie chodzi o administracyjne ustalenie jednej ceny polysiliconu, chodzi o stworzenie warunków, w których producenci nie będą mogli przez kolejne kwartały zwiększać sprzedaży poprzez systematyczne schodzenie poniżej kosztów.
W dniu 27 lipca opublikowano nowe zasady kalkulacji kosztów dla branży PV. Obejmują polysilicon, wafle, ogniwa oraz moduły i standaryzują sposób określania granic kosztowych oraz metod ich liczenia.
Do tego dochodzi kolejny mechanizm.
Chiny zaostrzają normy zużycia energii dla produkcji polysiliconu. Oficjalny standard GB 29447-2026 został opublikowany 27 czerwca i zacznie obowiązywać 1 stycznia 2027 roku.
Nowe wymagania mogą uderzyć przede wszystkim w starsze, bardziej energochłonne instalacje.
W krótkim terminie wpływ na podaż może być ograniczony, ponieważ część tych mocy już dziś pozostaje niewykorzystana.
W dłuższej perspektywie oznacza to jednak dodatkową presję na konsolidację rynku.

Czy polysilicon zacznie gwałtownie drożeć?Niekoniecznie - nadpodaż nadal jest duża.
W lipcu produkcja polysiliconu w Chinach wzrosła o 13,1% miesiąc do miesiąca, do około 105,1 tys. ton. China Nonferrous Metals Industry Association prognozowała na sierpień kolejny wzrost o około 6,6%.
Oznaczałoby to produkcję przekraczającą 110 tys. ton miesięcznie.
Rynek nie pokazuje więc dziś scenariusza nagłego niedoboru.
Obecne działania Pekinu wyglądają bardziej na próbę stabilizacji rynku niż początek gwałtownego odbicia cen. Ich skuteczność będzie zależała między innymi od sposobu egzekwowania nowych zasad i rzeczywistej dyscypliny producentów.
Bardziej prawdopodobny wydaje się inny scenariusz: kończy się przestrzeń do dalszego agresywnego spadku cen i właśnie to może być dla europejskiego rynku ważniejsze niż sam wzrost ceny polysiliconu.

Europa przyzwyczaiła się do bardzo tanich modułów
W ostatnich latach ekstremalna konkurencja w Chinach stała się jednym z czynników obniżających CAPEX europejskich projektów PV.
Na początku 2025 roku średnia cena modułów TOPCon w Europie według OPIS wynosiła około 0,096 EUR/W. W kolejnych miesiącach benchmarki dla większych modułów TOPCon znajdowały się w rejonie około 0,10 EUR/W.
Rynek przyzwyczaił się więc do prostego założenia: technologia nie tylko będzie lepsza, będzie również tańsza.
Jeżeli chiński przemysł zacznie stopniowo wracać do bardziej racjonalnej ekonomiki produkcji, to założenie przestaje być oczywiste.
Jeden eurocent na Wp wygląda niewinnie
dopóki nie przemnożymy go przez skalę utility-scale.
Dla farmy PV o mocy 100 MW wzrost ceny modułu o: 0,01 EUR/W oznacza około 1 mln EUR dodatkowego kosztu modułów.
Nie oznacza to oczywiście identycznego wzrostu całkowitego CAPEX.
Moduły są tylko jednym z jego elementów, a wzrost ich sprawności może jednocześnie ograniczać część kosztów BOS – konstrukcji, kabli, robót czy powierzchni potrzebnej pod inwestycję.
Przy projektach liczonych w setkach megawatów nawet niewielka zmiana ceny komponentu zaczyna mieć znaczenie dla IRR, finansowania oraz oczekiwanej ceny energii.
Szczególnie tam, gdzie projekty były modelowane na agresywnych założeniach dotyczących dalszego spadku CAPEX.

Co zmieni się w decyzjach inwestorów?Przez ostatnie lata część rynku mogła zakładać, że czas pracuje na korzyść projektu.
Jeżeli jego ekonomika znajdowała się na granicy rentowności, za pół roku mogła wyglądać lepiej dzięki tańszym modułom, większej mocy jednostkowej i niższym kosztom BOS.
Jeżeli ceny ustabilizują się bliżej kosztów produkcji, ten mechanizm przestanie działać tak silnie.
Większego znaczenia nabiorą jakość developmentu, warunki przyłączenia, uzysk, koszt finansowania, PPA, optymalizacja konstrukcji i EPC oraz ekspozycja na merchant risk.
To w praktyce oznacza dojrzewanie rynku.
Nie będzie już wystarczało założenie, że technologia sama poprawi ekonomikę projektu poprzez kolejny spadek ceny.

Paradoks Europy
Europa znajduje się przy tym w szczególnej sytuacji.
Z jednej strony chce odbudować własny przemysł PV i ograniczyć zależność od Chin.
Z drugiej – ekonomika europejskich projektów PV przez lata korzystała z efektów chińskiej nadprodukcji i presji cenowej.
Skala tej zależności pozostaje bardzo duża.
Według danych Komisji Europejskiej około 94% modułów i ogniw oraz 79% wafli importowanych do UE pochodzi z Chin.
Jednocześnie europejskie moce produkcyjne wynoszą około 25 GW w polysiliconie, około 2 GW w ogniwach, mniej niż 1 GW w ingotach i waflach oraz około 12 GW w modułach.
W porównaniu ze skalą chińskiego przemysłu są to wartości niewielkie.
Decyzje dotyczące restrukturyzacji podejmowane w Pekinie nadal mogą więc mieć ogromny wpływ na ekonomikę europejskich projektów PV.
W tym właśnie tkwi paradoks - Europa chce własnego przemysłu solarnego, jednocześnie przyzwyczaiła się do ekonomiki projektów stworzonej przez chińską nadpodaż.

Globalny rynek PV zaczyna się dzielić
Zmiany w Chinach nie zachodzą w próżni.
Podczas gdy Pekin próbuje ograniczyć destrukcyjną konkurencję i przywrócić rentowność własnego przemysłu, Stany Zjednoczone budują zupełnie inny model rynku.
W sierpniu administracja USA ogłosiła kolejne działania chroniące krajowy łańcuch dostaw PV – 15-procentową taryfę na importowany polysilicon oraz minimalne ceny importowe dla kolejnych elementów łańcucha.
Dla polysiliconu minimalną cenę ustalono na poziomie 21 USD/kg, a dla modułów na 0,38 USD/W.
Amerykańska ekonomika PV jest więc coraz silniej oddzielana od cen wynikających bezpośrednio z chińskiej nadpodaży.
Europa pozostaje pomiędzy tymi dwoma modelami i właśnie tutaj pojawia się szersza konsekwencja.
Przez ostatnią dekadę nadpodaż w Chinach obniżała ceny polysiliconu, następnie wafli, ogniw i modułów, a presja cenowa szybko docierała do innych części świata.
Ten mechanizm zaczyna się rozrywać.
Chiny – dyscyplina rynku.
USA – własne reguły.
Europa – zależność od importu.
W efekcie te same zmiany kosztów produkcji nie muszą już wywoływać identycznej reakcji cenowej w każdym regionie a wtedy zmienia się również źródło przewagi konkurencyjnej.
W poprzedniej fazie rynku można było poprawić ekonomikę projektu, kupując moduły kilka eurocentów taniej.
W kolejnej równie ważne może być to, w jakim systemie regulacyjnym, finansowym i handlowym projekt funkcjonuje.
Dostęp do subsydiów, koszt finansowania, PPA, wymagania dotyczące pochodzenia komponentów czy ekspozycja na ryzyko handlowe mogą mieć równie duże znaczenie jak sama cena technologii.
To nie jest historia o tym, że PV przestanie być tanie
To historia o czymś większym.
Możliwe, że kończy się epoka jednego, globalnie zsynchronizowanego mechanizmu cenowego.
Chiny próbują ograniczyć destrukcyjną konkurencję a USA budują własny, częściowo odizolowany ekosystem technologiczny.
Europa pozostaje pomiędzy tymi dwiema logikami – próbując jednocześnie utrzymać niski koszt transformacji i zwiększyć bezpieczeństwo własnego łańcucha dostaw.
Dlatego najważniejszą zmianą może nie być wcale to, czy polysilicon będzie kosztował 5, 7 czy 10 USD/kg.
Zmienia się sposób, w jaki powstaje cena fotowoltaiki.
Fotowoltaika nie przestaje być globalnym biznesem ale może przestać być jednym globalnym rynkiem cenowym.
Właśnie ta fragmentaryzacja – znacznie bardziej niż pojedyncza zmiana ceny polysiliconu – może definiować kolejną fazę światowej fotowoltaiki.


Magdalena Jurczuk

Czy Europa właśnie wchodzi w erę „drogiego lata”?

Przez dekady europejska energetyka funkcjonowała według prostego kalendarza.
Lato oznaczało niższe zużycie energii, spokojniejszą pracę systemu elektroenergetycznego i relatywnie niższe ceny.
Zima była okresem największego ryzyka – wysokiego zapotrzebowania, napiętej sytuacji na rynku paliw i obaw o bezpieczeństwo dostaw.
Ten podział coraz wyraźniej przestaje obowiązywać.
Nie dlatego, że jedno lato okazało się wyjątkowo gorące ale dlatego, że zmienia się klimat Europy.
Europa jest dziś najszybciej ocieplającym się kontynentem na świecie. Według Światowej Organizacji Meteorologicznej ociepla się około dwukrotnie szybciej niż średnia światowa,
a ostatnia dekada była najcieplejszą w historii pomiarów.
Fale upałów stają się częstsze, trwają dłużej
i obejmują coraz większe obszary.
Jeszcze kilkanaście lat temu traktowaliśmy je jako zjawiska wyjątkowe. Dziś stają się elementem nowej rzeczywistości, z którą europejska gospodarka będzie musiała nauczyć się funkcjonować.

Nie jest to już jedynie prognoza na przyszłość. W ostatnich latach kolejne rekordy temperatur padały zarówno w Europie Południowej, jak i Środkowej.
Równocześnie rosło letnie zapotrzebowanie na energię elektryczną, napędzane przede wszystkim gwałtownym wzrostem wykorzystania klimatyzacji. Międzynarodowa Agencja Energetyczna szacuje, że urządzenia chłodzące odpowiadają już za około 10% światowego zużycia energii elektrycznej, a wraz z postępującym ociepleniem ich znaczenie będzie nadal rosło.

Właśnie tutaj zaczyna się prawdziwa historia.
Nie o pogodzie, ale o ekonomii.
Jeszcze kilka lat temu dyskusja o zmianach klimatu koncentrowała się przede wszystkim na ograniczaniu emisji CO₂.

Transformacja energetyczna przestaje być wyłącznie projektem dekarbonizacji.
Coraz bardziej staje się projektem adaptacji do świata, który już się zmienił.

To subtelna, ale fundamentalna zmiana.
Te liczby i kierunki inwestycji pokazują, że wyzwaniem przestaje być wyłącznie produkcja czystej energii.
Dziś równie ważne staje się utrzymanie stabilności całego systemu w warunkach zmieniającego się klimatu.
Częstsze fale upałów oznaczają większe wykorzystanie klimatyzacji w biurowcach, centrach handlowych, szpitalach, hotelach, fabrykach i domach. Jednocześnie ekstremalne temperatury wpływają na pracę infrastruktury energetycznej.
Wysoka temperatura ogranicza sprawność chłodzenia części elektrowni, zmniejsza obciążalność linii przesyłowych i zwiększa straty w sieci. System musi pracować w trudniejszych warunkach.
Wbrew obiegowym opiniom Europa nie doświadcza dziś regularnych blackoutów wywołanych letnim zapotrzebowaniem na energię. Europejskie systemy elektroenergetyczne należą do najbardziej niezawodnych na świecie.
Nie oznacza to jednak, że problem nie istnieje, wręcz przeciwnie.

W ostatnich latach podczas fal upałów operatorzy systemów elektroenergetycznych w krajach takich jak Francja, Włochy czy Hiszpania coraz częściej korzystali z dodatkowych rezerw mocy, importu energii oraz kosztownych działań bilansujących, aby utrzymać stabilną pracę sieci.
Nie były to spektakularne awarie, lecz sygnał, że koszt utrzymania bezpieczeństwa systemu stopniowo rośnie.
Paradoksalnie nie oznacza to, że odnawialne źródła energii zawodzą, wręcz przeciwnie.
Fotowoltaika bardzo dobrze pokrywa letnie szczyty zapotrzebowania na energię w godzinach największego nasłonecznienia i często ogranicza wykorzystanie najdroższych elektrowni konwencjonalnych.
Problemem nie jest sama produkcja energii, lecz zdolność całego systemu do jej przesyłu, magazynowania i bilansowania w warunkach coraz bardziej ekstremalnych zjawisk pogodowych.
To koszt, którego większość odbiorców nie widzi bezpośrednio na swoim rachunku ale rynek energii już go ponosi.
To właśnie dlatego „drogie lato” nie oznacza wyłącznie wyższych cen energii podczas upałów. Oznacza przede wszystkim rosnące koszty utrzymania infrastruktury, modernizacji sieci, usług bilansujących, magazynów energii oraz rezerw mocy niezbędnych do bezpiecznej pracy systemu.

Właśnie tutaj pojawia się zmiana, która może mieć największe znaczenie dla europejskiej gospodarki.
Przez lata cena energii była przede wszystkim kosztem jej wytworzenia – paliwa, elektrowni czy uprawnień do emisji CO₂.
W nadchodzących latach coraz większy udział w końcowym koszcie energii mogą mieć wydatki związane z utrzymaniem stabilności całego systemu.
Rozbudowa i modernizacja sieci, magazyny energii, usługi bilansujące, cyfryzacja oraz zwiększanie odporności infrastruktury staną się równie ważne jak sama produkcja energii.
Oznacza to, że konkurencyjność gospodarek będzie zależeć nie tylko od tego, kto produkuje najtańszą energię, ale również od tego, kto potrafi najefektywniej zarządzać coraz bardziej złożonym systemem elektroenergetycznym.
To również zmienia kierunek inwestycji.
Jeszcze kilka lat temu najważniejszym pytaniem było, jak zbudować więcej odnawialnych źródeł energii.
Dziś częściej pytamy, jak sprawić, aby cały system był odporny na nowe warunki klimatyczne.
Zmienia się również grupa największych beneficjentów transformacji.
Rosnące znaczenie będą zyskiwać operatorzy sieci, magazyny energii, technologie chłodzenia, systemy zarządzania energią, usługi elastyczności oraz rozwiązania zwiększające odporność infrastruktury. Wartość w energetyce będzie coraz częściej tworzona nie przez samą produkcję energii, ale przez zdolność utrzymania stabilności całego systemu.
Polska nie będzie wyjątkiem.
Wraz z dynamicznym wzrostem liczby pomp ciepła, klimatyzacji, magazynów energii i instalacji fotowoltaicznych również krajowy system elektroenergetyczny będzie coraz częściej mierzył się z letnimi szczytami zapotrzebowania oraz rosnącą potrzebą elastycznego zarządzania siecią.
Przez lata bezpieczeństwo energetyczne kojarzyło się przede wszystkim z magazynami gazu, zapasami paliw i przygotowaniem do zimy.
Dziś coraz wyraźniej widać, że równie ważnym elementem bezpieczeństwa stanie się odporność systemu na ekstremalne temperatury.
To zupełnie nowe spojrzenie na rynek energii.
Nie dlatego, że zabraknie technologii czy mocy wytwórczych.
Dlatego, że utrzymanie stabilności systemu będzie coraz bardziej kosztowne.
To właśnie tutaj może nastąpić jedna z największych zmian ekonomicznych europejskiej energetyki.
Nie będzie ona polegała na gwałtownym wzroście liczby awarii.
Będzie polegała na systematycznym wzroście kosztów utrzymania bezpieczeństwa energetycznego w świecie, który staje się coraz cieplejszy.
Transformacja energetyczna nie kończy się więc na budowie kolejnych farm wiatrowych i fotowoltaicznych.
Dopiero rozpoczyna się jej znacznie trudniejszy etap – budowa systemu odpornego na świat, który stał się bardziej ekstremalny.
Dlatego pytanie nie brzmi już, czy kolejne lato będzie cieplejsze od poprzedniego.
Znacznie ważniejsze jest inne pytanie.
Czy Europa jest gotowa zapłacić cenę za dostosowanie swojej energetyki do klimatu, który już się zmienił?Transformacja energetyczna przestaje być wyścigiem o to, kto wyprodukuje najtańszą energię.Staje się wyścigiem o to, kto zbuduje najbardziej odporny system energetyczny.


Magdalena Jurczuk

Czy Europa właśnie zmienia definicję bezpieczeństwa energetycznego?

Europa przez ostatnie lata koncentrowała się na tym, skąd będzie miała gaz i jak ograniczyć zależność od jednego dostawcy. Dzisiaj coraz pilniejsze staje się inne pytanie: czy system energetyczny będzie w stanie bezpiecznie funkcjonować w czasie awarii, cyberataku, ekstremalnego zjawiska pogodowego albo gwałtownej zmiany produkcji energii?
Bezpieczeństwo energetyczne przestaje oznaczać wyłącznie dostęp do paliw a coraz częściej oznacza odporność całego systemu: fizyczną, operacyjną i cyfrową.
W dokumentach Komisji Europejskiej oraz wystąpieniach operatorów coraz częściej pojawiają się pojęcia, które jeszcze kilka lat temu pozostawały na obrzeżach debaty: odporność, elastyczność, cyfryzacja i cyberbezpieczeństwo.
Nie chodzi już wyłącznie o to, czy energii będzie wystarczająco dużo. Równie ważne staje się to, czy system potrafi ją bezpiecznie odebrać, przesłać, zbilansować i dostarczyć odbiorcom również wtedy, gdy wystąpi sytuacja kryzysowa.
Moim zdaniem właśnie ta zmiana będzie jedną z najważniejszych konsekwencji europejskiej transformacji energetycznej.

Europa wygrała jedną bitwę. Czy wygra wojnę?
Wojna w Ukrainie pokazała, jak poważnym zagrożeniem dla gospodarki może być uzależnienie od jednego dostawcy surowców energetycznych.
W 2021 roku Rosja odpowiadała za około 45% importu gazu do Unii Europejskiej.
W 2025 roku jej udział spadł do około 12%. Wolumen importowanego rosyjskiego gazu zmniejszył się w tym okresie ze 152 mld m³ do około 36 mld m³.
Było to możliwe dzięki ograniczeniu zapotrzebowania, rozwojowi infrastruktury LNG, zwiększeniu dostaw z innych kierunków oraz przyspieszeniu inwestycji w krajowe źródła niskoemisyjne. Program REPowerEU stał się symbolem tej zmiany, łącząc transformację energetyczną z bezpieczeństwem dostaw i ograniczeniem zależności od importowanych paliw kopalnych.
To bez wątpienia znaczący sukces, ale nie oznacza, że problem bezpieczeństwa energetycznego został rozwiązany.
Europa nadal potrzebuje dywersyfikacji dostaw, rezerw, połączeń transgranicznych i skutecznych planów awaryjnych.
Do znanych wcześniej zagrożeń dołączyło natomiast kolejne: czy coraz bardziej zdecentralizowany i cyfrowy system będzie potrafił bezpiecznie funkcjonować w warunkach szybkich zmian produkcji i zapotrzebowania?

Bezpieczeństwo systemu, nie tylko dostaw
Przez ostatnią dekadę głównym wskaźnikiem postępu transformacji była liczba nowych megawatów. Dzisiaj sama moc zainstalowana coraz mniej mówi o rzeczywistej odporności europejskiej energetyki.
Energia powstaje jednocześnie w tysiącach rozproszonych lokalizacji: na farmach fotowoltaicznych i wiatrowych, dachach budynków oraz w zakładach przemysłowych. Coraz częściej jest również magazynowana i ponownie oddawana do sieci.
Jednocześnie zwiększa się zapotrzebowanie związane z elektryfikacją transportu, ogrzewania i przemysłu oraz rozwojem centrów danych.
W takim systemie nowe źródła wytwórcze pozostają niezbędne, ale muszą współpracować z infrastrukturą zdolną reagować na szybkie zmiany produkcji, przepływów i popytu. Dlatego rośnie znaczenie sieci elektroenergetycznych, magazynów energii, usług elastyczności, zarządzania popytem, automatyki, cyfrowego monitoringu i cyberbezpieczeństwa.
Europa nie kończy więc rozwoju OZE. Wchodzi natomiast w etap, w którym o powodzeniu transformacji będzie decydowało nie tylko tempo budowy nowych źródeł, lecz także jakość, odporność i bezpieczeństwo całego systemu.

Od nowych mocy do odpornej infrastruktury
Najlepszym dowodem zmiany priorytetów nie są polityczne deklaracje, lecz skala planowanych nakładów.
Komisja Europejska szacuje, że do 2030 roku inwestycje w sieci elektroenergetyczne powinny wynieść około 584 mld euro. Jednocześnie około 40% europejskich sieci dystrybucyjnych ma już ponad 40 lat.
To infrastruktura projektowana w czasach, gdy energia płynęła głównie w jednym kierunku - od dużej elektrowni do odbiorcy końcowego. Dzisiaj musi obsługiwać dwukierunkowe przepływy, zmienną produkcję, miliony aktywnych odbiorców oraz coraz większą liczbę urządzeń zarządzanych i monitorowanych cyfrowo.

Kierunek ten został wzmocniony przez European Grids Package z grudnia 2025 roku oraz Electrification Action Plan opublikowany w lipcu 2026 roku.
Sieci, sprawne przyłączenia, elektryfikacja i cyfryzacja nie są już w tych dokumentach przedstawiane wyłącznie jako techniczne zaplecze transformacji. Stają się warunkiem bezpieczeństwa, rozwoju przemysłu i utrzymania konkurencyjności europejskiej gospodarki.
Dla rynku oznacza to konkretne przesunięcie kapitału. Kolejna fala inwestycji nie będzie dotyczyła wyłącznie nowych mocy wytwórczych. Coraz większa część środków popłynie do infrastruktury, która pozwala energię przesłać, magazynować, bilansować i bezpiecznie wykorzystać wtedy, gdy jest najbardziej potrzebna.

Blackout w Hiszpanii i Portugalii był lekcją odporności
28 kwietnia 2025 roku kontynentalna Hiszpania i Portugalia doświadczył blackoutu.
Końcowy raport ENTSO-E wykazał, że zdarzenie nie było skutkiem jednej prostej przyczyny ani działania jednej konkretnej technologii. Do awarii doprowadziła kombinacja nakładających się problemów technicznych i operacyjnych, obejmujących między innymi oscylacje, problemy z kontrolą napięcia i mocy biernej, szybkie redukcje produkcji oraz kaskadowe odłączenia jednostek wytwórczych.
Hiszpański raport rządowy nie znalazł dowodów, że przyczyną zdarzenia był cyberatak. To istotne rozróżnienie.
Blackout nie był skutkiem cyberataku, ale pokazał, jak bardzo bezpieczeństwo fizyczne systemu zależy dzisiaj od jakości cyfrowego monitoringu, sterowania, łączności, wymiany danych i koordynacji pomiędzy poszczególnymi uczestnikami rynku.
W coraz bardziej połączonej energetyce lokalne zaburzenie może bardzo szybko wywołać konsekwencje o znaczeniu systemowym. Odporność nie oznacza więc wyłącznie zapobiegania awariom. Oznacza również zdolność do szybkiego wykrycia problemu, ograniczenia jego skutków, utrzymania kontroli nad systemem oraz sprawnej odbudowy zasilania.

Cyberbezpieczeństwo przestaje być dodatkiem
Im bardziej energetyka opiera się na automatyce, zdalnym sterowaniu i wymianie danych w czasie rzeczywistym, tym większego znaczenia nabiera bezpieczeństwo cyfrowe.
Każdy zdalnie zarządzany falownik, magazyn energii, system EMS, platforma agregatora, licznik inteligentny czy interfejs serwisowy staje się częścią cyfrowego łańcucha bezpieczeństwa.
Ryzyko nie ogranicza się przy tym do kradzieży albo utraty danych. Nieautoryzowane polecenie, przejęcie dostępu zdalnego, utrata łączności, podatność oprogramowania albo błędna aktualizacja mogą wpływać na produkcję, aktywów.
W systemie połączonym transgranicznie lokalny incydent może zostać dodatkowo wzmocniony przez zależności technologiczne i operacyjne.
Unia Europejska zaczyna traktować to ryzyko jako integralny element bezpieczeństwa dostaw. Obowiązujący od 2024 roku pierwszy unijny kodeks sieci dotyczący cyberbezpieczeństwa sektora elektroenergetycznego wprowadził wspólne wymagania dotyczące oceny ryzyka, monitorowania, raportowania incydentów oraz zarządzania kryzysowego.
Dyrektywa NIS2 rozszerza ten kierunek o ciągłość działania, bezpieczeństwo łańcucha dostaw, zarządzanie podatnościami i odpowiedzialność kierownictwa.

Strategiczna mapa drogowa Komisji Europejskiej dotycząca cyfryzacji i sztucznej inteligencji w energetyce, opublikowana w czerwcu 2026 roku, łączy rozwój inteligentnych sieci z cyberbezpieczeństwem i suwerennością technologiczną.
Europa nie zamierza więc wybierać pomiędzy systemem inteligentnym a bezpiecznym. Cyfryzacja ma być rozwijana równolegle z zabezpieczeniem infrastruktury, danych, komunikacji i dostępu do urządzeń.
Dla inwestorów konsekwencja jest konkretna: wymagania dotyczące bezpieczeństwa cyfrowego będą coraz częściej wpływały nie tylko na zgodność regulacyjną projektu, lecz również na jego koszty, harmonogram, warunki finansowania i końcową wartość aktywa.

Bezpieczeństwo zmieni sposób wyceny inwestycji
Nowe podejście do bezpieczeństwa energetycznego rozszerzy zakres technicznego due diligence.
Obok uzysku, warunków przyłączenia, degradacji, CAPEX-u i modelu przychodowego inwestorzy będą coraz częściej analizować architekturę sterowania, zasady dostępu zdalnego, segmentację sieci, redundancję, kopie zapasowe, procedury odbudowy oraz zależność projektu od jednego dostawcy sprzętu lub oprogramowania.
Cyberbezpieczeństwo stanie się elementem bankowalności projektu, a nie załącznikiem przygotowywanym po zakończeniu budowy.
Aktywa zaprojektowane zgodnie z zasadą security by design, posiadające przetestowane plany reagowania na incydenty i jasno określoną odpowiedzialność pomiędzy właścicielem, operatorem, EPC i O&M, mogą uzyskiwać lepszą ocenę ryzyka w procesach finansowania i ubezpieczenia.
Zmieni się również logika zakupowa. Najtańszy system sterowania nie zawsze będzie najtańszym rozwiązaniem w całym cyklu życia projektu, jeżeli opiera się na nieaktualizowanym oprogramowaniu, zamkniętej architekturze albo dostawcy, którego nie można szybko zastąpić.
W kontraktach większego znaczenia nabiorą zasady aktualizacji bezpieczeństwa, obsługa podatności, przechowywanie danych, monitoring zdarzeń, czas reakcji na incydent oraz dostępność części i wsparcia technicznego.
Podobne wymagania pojawią się w transakcjach M&A. Przestarzały system SCADA, niekontrolowane konta serwisowe, brak dokumentacji cyfrowej albo niejasne zasady dostępu do danych mogą oznaczać ukryty CAPEX, większe ryzyko przestoju i niższą wartość aktywa.Wyżej wyceniane będą projekty, które potrafią wykazać nie tylko dobre parametry techniczne i finansowe, ale również odporność całego łańcucha technologicznego.
Zyskają dostawcy bezpiecznych systemów SCADA i EMS, rozwiązań cyberbezpieczeństwa OT, monitoringu, audytów, reagowania na incydenty oraz technologii ograniczających zależność od pojedynczego producenta lub dostawcy oprogramowania.
Największą przewagę osiągną jednak inwestorzy, którzy od początku połączą trzy perspektywy: ryzyko rynkowe, fizyczną odporność infrastruktury i bezpieczeństwo cyfrowe.
Nowa definicja bezpieczeństwa energetycznego przesuwa bowiem wartość z samego posiadania aktywa w stronę zdolności do jego bezpiecznego, ciągłego i przewidywalnego działania.

Europa nie rezygnuje z dotychczasowej definicji bezpieczeństwa energetycznego. Nadal potrzebuje stabilnych dostaw paliw, rezerw, dywersyfikacji i połączeń transgranicznych.
Rozszerza jednak tę definicję o odporność fizyczną, operacyjną i cyfrową całego systemu - zdolność do reagowania na awarie, cyberataki, ekstremalne zjawiska pogodowe i zagrożenia hybrydowe oraz szybkiego powrotu do normalnej pracy.
Być może najważniejszą inwestycją tej dekady nie będzie pojedyncza farma wiatrowa, fotowoltaiczna ani kolejny terminal LNG. Będzie nią system łączący nowoczesne sieci, automatykę, bezpieczne systemy sterowania, połączenia transgraniczne, redundancję i zdolność szybkiej odbudowy.
Prawdziwa zmiana nie polega już wyłącznie na budowie kolejnych gigawatów.
Polega na stworzeniu europejskiej energetyki, która pozostanie stabilna i bezpieczna również wtedy, gdy zawiedzie urządzenie, łączność, oprogramowanie albo człowiek. 


Magdalena Jurczuk

Europa bije rekordy OZE. Dlaczego energia wciąż jest droga?

W ostatnich tygodniach Europa ponownie pobiła rekordy produkcji energii ze słońca.
Hiszpania, Francja, Włochy i Niemcy osiągnęły najwyższe w swojej historii lub jedne z najwyższych dziennych poziomów generacji energii z fotowoltaiki. Jeszcze kilka lat temu takie wyniki wydawały się ambitnymi prognozami. Dzisiaj stają się nową rzeczywistością europejskiej energetyki.

Również Polska systematycznie zwiększa swój udział w tej transformacji. Moc zainstalowana w fotowoltaice przekroczyła już 27 GW, a tylko w maju elektrownie słoneczne wyprodukowały około 3,1 TWh energii.
Jeszcze dekadę temu podobne liczby byłyby symbolem sukcesu.
Dzisiaj są przede wszystkim dowodem, że odnawialne źródła energii przestały być eksperymentem i stały się jednym z fundamentów europejskiego systemu elektroenergetycznego.
Paradoks polega jednak na tym, że rekordowa produkcja energii nie oznacza automatycznie rekordowo taniej energii dla odbiorców.
To pytanie coraz częściej pojawia się zarówno w debacie publicznej, jak i wśród inwestorów oraz uczestników rynku.
Skoro Europa produkuje coraz więcej taniej energii ze słońca i wiatru, dlaczego rachunki za energię nie spadają równie szybko?Odpowiedź jest znacznie bardziej złożona niż prosty bilans podaży i popytu.

Europa wchodzi w trzeci etap transformacji
Transformacja energetyczna nigdy nie była wyłącznie historią o panelach fotowoltaicznych i turbinach wiatrowych.
To przede wszystkim historia o tym, jak zmienia się sposób funkcjonowania całego systemu energetycznego.
Patrząc z tej perspektywy, można zauważyć, że Europa przeszła już dwa kluczowe etapy.
Pierwszy polegał na udowodnieniu, że odnawialne źródła energii są technicznie możliwe i ekonomicznie uzasadnione. Największym wyzwaniem był rozwój technologii, spadek kosztów modułów i turbin oraz budowa pierwszych dużych instalacji.
Drugi etap koncentrował się na skali. Państwa europejskie zaczęły inwestować w setki nowych farm wiatrowych i fotowoltaicznych,
a udział energii odnawialnej w miksie energetycznym zaczął rosnąć z roku na rok. To właśnie ten okres przyniósł rekordy produkcji, które obserwujemy dzisiaj.
Coraz wyraźniej widać jednak, że sama budowa kolejnych źródeł nie rozwiązuje już najważniejszych problemów rynku.
Europa wchodzi obecnie w trzeci etap transformacji energetycznej.
To etap, w którym o sukcesie nie będzie decydowała liczba zainstalowanych gigawatów, lecz zdolność całego systemu do efektywnego wykorzystania energii, którą już produkujemy.
Jeszcze kilka lat temu pytanie brzmiało:
Jak zbudować więcej odnawialnych źródeł energii?
Dzisiaj znacznie ważniejsze staje się inne:
Jak sprawić, aby rekordowa produkcja przełożyła się na realnie niższe koszty energii dla gospodarki?
To właśnie ta zmiana powinna wyznaczać kierunek europejskiej polityki energetycznej i decyzji inwestycyjnych w najbliższych latach.
Coraz większą wartość będzie tworzyła nie sama produkcja energii, lecz zdolność jej efektywnego wykorzystania.
To właśnie dlatego przewagę konkurencyjną będą budować nie państwa produkujące najwięcej zielonej energii, ale te, które najlepiej zintegrują ją z całym systemem energetycznym.

Produkcja przestała być problemem. Problemem stał się system.
Najlepiej pokazują to dane z europejskiego rynku energii.
W pierwszym kwartale 2026 roku na rynkach dnia następnego w krajach UE-27 odnotowano 1223 godziny z ujemnymi cenami energii, licząc osobno wszystkie strefy cenowe. To ponad dwukrotnie więcej niż rok wcześniej. Zjawisko, które jeszcze kilka lat temu było rzadkością, staje się dziś naturalnym elementem rynku z dużym udziałem odnawialnych źródeł energii.
To właśnie w tym miejscu pojawia się największe nieporozumienie.
Ujemne ceny energii są często przedstawiane jako dowód, że Europa zbudowała zbyt wiele farm fotowoltaicznych i wiatrowych. Moim zdaniem jest dokładnie odwrotnie.
Nie świadczą o nadmiarze odnawialnych źródeł energii. Pokazują natomiast, że rozwój produkcji zaczął wyprzedzać rozwój infrastruktury, mechanizmów rynkowych i narzędzi pozwalających tę energię efektywnie wykorzystać.
Jeszcze kilka lat temu największym wyzwaniem było wyprodukowanie większej ilości zielonej energii.
Dzisiaj kluczowe staje się zupełnie inne pytanie.
Czy system potrafi odebrać, przesłać, zmagazynować i wykorzystać energię, którą już produkujemy?
To właśnie tutaj przesunął się środek ciężkości europejskiej transformacji.
Europa nie ma dziś problemu z produkcją taniej energii.
Ma problem z budową taniego i efektywnego systemu energetycznego.
To zasadnicza różnica.
Bo kolejne gigawaty nowych mocy nie rozwiążą problemu, jeżeli energia nadal będzie ograniczana przez niewystarczającą przepustowość sieci, brak elastyczności i rosnące koszty bilansowania.

Sieci stają się najważniejszą inwestycją Europy
Przez ostatnią dekadę uwaga rynku koncentrowała się przede wszystkim na kosztach modułów fotowoltaicznych i turbin wiatrowych. Dzisiaj coraz większym ograniczeniem nie są już technologie wytwarzania energii, lecz tempo rozbudowy infrastruktury, która ma tę energię odebrać i dostarczyć do odbiorców.
Europejskie sieci elektroenergetyczne projektowano dla świata kilku dużych elektrowni pracujących w przewidywalnym rytmie. Dzisiejszy system wygląda zupełnie inaczej. Energia powstaje w milionach rozproszonych instalacji, których produkcja zależy od pogody i bardzo często koncentruje się w tych samych godzinach.
To oznacza konieczność zmiany priorytetów inwestycyjnych.
Nowe linie przesyłowe, modernizacja sieci dystrybucyjnych, cyfryzacja, automatyka oraz inteligentne zarządzanie przepływami energii stają się równie ważne jak budowa kolejnych farm odnawialnych źródeł energii.
Nie wystarczy już produkować więcej energii.
Trzeba jeszcze umieć ją dostarczyć tam, gdzie jest potrzebna.
Dzisiaj zdarza się, że budowa farmy fotowoltaicznej trwa krócej niż rozbudowa infrastruktury niezbędnej do wyprowadzenia jej mocy.Konsekwencje tej dysproporcji widać już również w Polsce.
Według Forum Energii tylko w pierwszym półroczu 2026 roku ograniczono 1174 GWh potencjalnej produkcji energii z wiatru i fotowoltaiki. To niemal 45% więcej niż rok wcześniej. W samym czerwcu zredukowano około 287 GWh, z czego zdecydowaną większość stanowiła energia z fotowoltaiki.
To nie jest problem producentów energii.
To sygnał, że infrastruktura zaczyna być najsłabszym ogniwem transformacji.
Jeżeli Europa chce, aby rekordy produkcji przełożyły się na niższe ceny energii, rozbudowa sieci musi stać się jednym z największych projektów infrastrukturalnych tej dekady.

Sama energia nie wystarczy
Drugim filarem nowego etapu transformacji będzie elastyczność systemu.
Przez wiele lat wartość rynku energii budowała przede wszystkim zdolność do produkcji kolejnych megawatogodzin.
Coraz wyraźniej widać jednak, że w nadchodzących latach równie istotna stanie się zdolność do zarządzania energią w czasie.
To właśnie dlatego magazyny energii przestają być postrzegane jako dodatek do farm fotowoltaicznych.
Stają się elementem infrastruktury systemowej.
Ich rola nie ogranicza się do przechowywania nadwyżek energii. Magazyny pozwalają ograniczać przeciążenia sieci, zmniejszać koszty bilansowania, poprawiać bezpieczeństwo dostaw i zwiększać wykorzystanie energii, która już została wyprodukowana.
To oznacza również zmianę sposobu oceny takich inwestycji.
Coraz częściej o ich wartości nie będzie decydowała sama moc magazynu, ale jego wpływ na funkcjonowanie całego systemu elektroenergetycznego.
Dobrym przykładem jest planowana elektrownia szczytowo-pompowa Rożnów II, która ma dysponować mocą około 767 MW i pojemnością 3,1 GWh. Jej podstawowym zadaniem będzie zwiększenie możliwości bilansowania krajowego systemu oraz ułatwienie integracji odnawialnych źródeł energii.
To pokazuje, że Europa coraz wyraźniej przechodzi od inwestowania w samą produkcję energii do inwestowania w zdolność całego systemu do jej efektywnego wykorzystania.

Transformacja zaczyna się również po stronie odbiorcy
Przez ostatnie lata transformacja energetyczna była prowadzona głównie po stronie podaży. Budowaliśmy nowe farmy fotowoltaiczne, elektrownie wiatrowe i zwiększaliśmy moce zainstalowane. Znacznie mniej uwagi poświęcaliśmy temu, kiedy energia jest zużywana.
To właśnie teraz zaczyna się zmieniać.
Przemysł, centra danych, magazyny ciepła, pompy ciepła, elektrolizery czy infrastruktura ładowania samochodów elektrycznych będą coraz częściej dostosowywać swoje zużycie do godzin wysokiej produkcji energii odnawialnej.
Nie będzie to oznaczało, że przedsiębiorcy czy gospodarstwa domowe codziennie będą śledzić ceny energii.
Coraz większą rolę odegrają inteligentne taryfy, systemy zarządzania energią oraz agregatorzy, którzy automatycznie będą dostosowywać profil zużycia do aktualnej sytuacji w systemie.
To zmiana, która może wydawać się mniej spektakularna niż budowa kolejnej farmy fotowoltaicznej, ale z punktu widzenia ekonomii systemu będzie miała równie duże znaczenie.
Transformacja energetyczna coraz mniej przypomina wyścig technologiczny.
Coraz bardziej staje się wyzwaniem organizacyjnym, regulacyjnym i ekonomicznym.
I właśnie tutaj będą budowane przewagi konkurencyjne europejskich gospodarek.

Najdroższa energia to ta, której nie potrafimy wykorzystać
Przez wiele lat w debacie o transformacji energetycznej dominowało jedno pytanie:
Ile nowych gigawatów powinniśmy zbudować?
Dzisiaj odpowiedź na to pytanie jest już znacznie mniej istotna niż jeszcze kilka lat temu.
Coraz ważniejsze staje się inne.
Jak wykorzystać energię, którą już produkujemy?
Bo najdroższą energią nie jest ta wyprodukowana z gazu czy węgla.
Najdroższa jest energia, której system nie potrafi odebrać, przesłać lub wykorzystać.
Każda megawatogodzina ograniczona z powodu przeciążonej sieci, niewystarczającej elastyczności lub braku możliwości magazynowania oznacza koszt dla całej gospodarki.
Dlatego w kolejnych latach europejska transformacja będzie oceniana nie przez liczbę nowych farm fotowoltaicznych ani przez kolejne rekordy produkcji energii.
Jej sukces będzie mierzony tym, czy rekordowa produkcja zacznie przekładać się na niższe ceny energii, większą konkurencyjność przemysłu oraz wyższe bezpieczeństwo energetyczne Europy.
Bo właśnie w tym kierunku zmierza dziś transformacja energetyczna.
Nie od produkcji energii ale od budowy sprawnie działającego systemu energetycznego.
I moim zdaniem to właśnie będzie najważniejszy temat europejskiej energetyki w drugiej połowie tej dekady.


Magdalena Jurczuk

Baltic Power to dopiero początek.
Czy Polska wygra wyścig o miliardy?

Przez lata morska energetyka wiatrowa w Polsce pozostawała przede wszystkim obietnicą.
Kolejne strategie, zapowiedzi i harmonogramy pokazywały, że offshore ma stać się jednym z filarów transformacji energetycznej. Dla wielu był to jednak wciąż projekt przyszłości.
Dziś sytuacja wygląda zupełnie inaczej.

Baltic Power – pierwsza morska farma wiatrowa budowana w polskiej części Bałtyku – rozpoczęła dostarczanie energii do krajowego systemu elektroenergetycznego. To symboliczny moment, który otwiera nowy rozdział nie tylko dla polskiej energetyki, ale również dla krajowego przemysłu.
Dziś mówimy o jednej farmie o mocy około 1,2 GW. Do 2040 roku Polska planuje rozwój morskiej energetyki wiatrowej do około 18 GW. To piętnastokrotny wzrost planowanej mocy offshore oraz inwestycje o wartości szacowanej na około 300–320 mld zł.
Prawdziwa zmiana nie dotyczy samych turbin lecz całego modelu gospodarczego, który zaczyna powstawać wokół morskiej energetyki wiatrowej.

Offshore przestaje być wyłącznie projektem energetycznym
Jeszcze kilka lat temu morskie farmy wiatrowe postrzegaliśmy przede wszystkim jako źródło czystej energii.
Dziś coraz wyraźniej widać, że offshore staje się jednym z największych projektów przemysłowych i infrastrukturalnych realizowanych obecnie w Polsce.
Budowa farm wiatrowych oznacza rozwój portów instalacyjnych i serwisowych, produkcji konstrukcji stalowych, fundamentów, kabli, stacji elektroenergetycznych, logistyki, statków specjalistycznych oraz nowoczesnych systemów cyfrowych wspierających zarządzanie infrastrukturą.
Coraz większą rolę odgrywają również automatyzacja, analiza danych oraz sztuczna inteligencja wspierająca eksploatację farm.
Sama farma Baltic Power będzie składać się z 76 turbin i po pełnym uruchomieniu ma produkować około 4 TWh energii elektrycznej rocznie. To ilość energii wystarczająca do pokrycia rocznego zapotrzebowania ponad 1,5 mln gospodarstw domowych.
To pokazuje skalę projektu, ale jednocześnie uświadamia, że największa wartość nie kończy się na produkcji energii.
Produkcja energii będzie efektem offshore. Prawdziwym produktem staną się jednak kompetencje, technologie i cały ekosystem przemysłowy, który wokół niego powstanie.

Baltic Power to dopiero pierwszy krok
Pierwsza morska farma wiatrowa nie kończy procesu inwestycyjnego.
Wręcz przeciwnie.
Rozpoczyna jego najbardziej intensywną fazę.
W realizacji lub zaawansowanej fazie przygotowań znajdują się już kolejne projekty, m.in. Baltica 2, Baltica 3, Bałtyk II, Bałtyk III, Bałtyk I oraz BC-Wind.
Pierwsza faza rozwoju offshore zakłada osiągnięcie około 5,9 GW, natomiast do 2040 roku moc morskich farm wiatrowych na Bałtyku ma wzrosnąć do około 18 GW.
To również zmiana skali całego rynku.
Dziś Baltic Power jest symbolem rozpoczęcia polskiego offshore a za kilkanaście lat na Bałtyku może funkcjonować kilkanaście dużych morskich farm wiatrowych, tworząc jeden z największych rynków offshore w Europie.

Największa wartość nie powstanie na morzu
Patrząc na farmę wiatrową, najłatwiej dostrzec turbiny.
Największa wartość ekonomiczna powstaje jednak znacznie wcześniej i znacznie bliżej lądu.
Powstaje w zakładach produkcyjnych, biurach projektowych, portach, centrach logistycznych, firmach inżynieryjnych oraz przedsiębiorstwach rozwijających technologie dla energetyki.
To właśnie tam budowane są kompetencje, które w przyszłości mogą stać się jednym z polskich towarów eksportowych.
Według analiz branżowych rozwój morskiej energetyki wiatrowej może stworzyć dziesiątki tysięcy nowych miejsc pracy – nie tylko w energetyce, ale również w hutnictwie, przemyśle stalowym, logistyce, automatyce, portach i sektorze nowych technologii.
Dlatego coraz częściej mówi się nie tylko o liczbie megawatów, ale przede wszystkim o wartości krajowego łańcucha dostaw.

Local content przestaje być marketingowym hasłem
Jeszcze kilka lat temu dyskusja o local content opierała się głównie na deklaracjach.
Dzisiaj coraz więcej polskich przedsiębiorstw rzeczywiście uczestniczy w realizacji projektów offshore.
Dobrym przykładem jest rozwój krajowych zakładów produkujących komponenty dla morskiej energetyki wiatrowej oraz uruchamianie produkcji elementów wież offshore w Polsce. To pokazuje, że local content przestaje być wyłącznie deklaracją i zaczyna przekładać się na realne inwestycje przemysłowe.
To pokazuje, że polski przemysł zaczyna odgrywać coraz większą rolę w rozwoju offshore.
Jednocześnie największe kontrakty technologiczne nadal trafiają głównie do światowych producentów turbin, fundamentów czy kabli.
Dlatego prawdziwym sukcesem nie będzie wyłącznie udział polskich firm w budowie farm.
Sukcesem będzie stworzenie własnych produktów, technologii i kompetencji, które pozwolą konkurować na europejskim rynku offshore.

Europa już pokazała, że to działa

Wielka Brytania, Dania czy Holandia udowodniły, że offshore rozwija znacznie więcej niż sam sektor energetyczny.
Wokół morskich farm powstają nowe fabryki, centra serwisowe, zaplecze badawczo-rozwojowe i firmy technologiczne eksportujące swoje rozwiązania na kolejne rynki.
To właśnie dlatego największą wartością nie są dziś same turbiny.
Największą wartością jest wiedza, doświadczenie i zdolność do realizacji kolejnych projektów.
Polska ma dziś szansę przejść podobną drogę.
Warunkiem będzie jednak konsekwentne rozwijanie krajowych kompetencji oraz zwiększnie udziału polskich firm w najbardziej zaawansowanych segmentach łańcucha dostaw.

Czy Polska może wygrać ten wyścig?
Moim zdaniem - tak.
Ma ku temu realne kompetecje i potencjał.
Mamy silny przemysł stalowy, rozwijające się zaplecze produkcyjne, coraz większe doświadczenie w realizacji dużych projektów infrastrukturalnych oraz bardzo dobrze wykształconą kadrę inżynierską.
To jednak dopiero fundament.
O tym, czy Polska stanie się jednym z liderów europejskiego offshore, zdecyduje nie liczba zbudowanych farm wiatrowych.
Zdecyduje to, jaka część wartości dodanej pozostanie w Polsce oraz czy krajowe firmy będą uczestniczyć nie tylko w budowie farm, ale również w projektowaniu, produkcji, cyfryzacji i ich wieloletniej eksploatacji.

Wyścig właśnie się rozpoczął
Baltic Power
nie odpowie już na pytanie, czy Polska potrafi budować morskie farmy wiatrowe.
To już wiemy.
Znacznie ważniejsze jest dziś inne pytanie: czy potrafimy zbudować wokół nich własny przemysł, rozwijać technologie i kompetencje, które pozwolą polskim firmom konkurować na europejskim rynku przez kolejne dekady.
Stawką są miliardy złotych wartości dodanej, tysiące wysoko wykwalifikowanych miejsc pracy oraz trwałe miejsce Polski w europejskim łańcuchu dostaw.
To właśnie o ten wyścig toczy się dziś gra. Nie o gigawaty, lecz o przyszłą pozycję Polski w europejskim przemyśle offshore.
Największym produktem offshore nie będzie energia. Będzie nim nowy przemysł.


Magdalena Jurczuk

Koniec ery EPC? Początek ery IPP?

Jak zmienia się model biznesowy rynku OZE

Jeszcze kilka lat temu odpowiedź na pytanie, kto będzie liderem rynku OZE, wydawała się oczywista. Wygrywali ci, którzy potrafili zaprojektować, wycenić i wybudować farmę fotowoltaiczną szybciej, taniej i sprawniej od konkurencji.
Model EPC (Engineering, Procurement and Construction) odegrał kluczową rolę w rozwoju odnawialnych źródeł energii.
To dzięki wyspecjalizowanym wykonawcom możliwa była szybka realizacja tysięcy projektów fotowoltaicznych i wiatrowych, które napędziły transformację energetyczną w Europie.
Skala tej transformacji jest imponująca.
Na koniec 2025 roku w Unii Europejskiej pracowało już ponad 406 GW mocy zainstalowanej w fotowoltaice, a prognozy zakładają wzrost do około 718 GW do 2030 roku. To pokazuje, że rynek nadal będzie potrzebował ogromnych nakładów inwestycyjnych, nowych projektów oraz doświadczonych wykonawców.
Jednocześnie coraz częściej pojawia się inne pytanie:
Gdzie dziś powstaje największa wartość?
Coraz częściej odpowiedź brzmi: nie na etapie budowy, lecz podczas wieloletniego zarządzania aktywem energetycznym.
Czy jesteśmy świadkami początku ery IPP (Independent Power Producer)?

EPC stworzyło fundamenty transformacji
Nie byłoby dzisiejszego rynku OZE bez firm EPC. To one odpowiadały za projektowanie, zakupy, logistykę, budowę i uruchamianie instalacji, umożliwiając dynamiczny rozwój fotowoltaiki i energetyki wiatrowej.
Model biznesowy był stosunkowo prosty. Przychód pojawiał się wraz z realizacją projektu, a po jego zakończeniu wykonawca przechodził do kolejnej inwestycji. Sukces mierzono liczbą zrealizowanych megawatów, terminowością oraz efektywnością kosztową.
W okresie dynamicznego wzrostu rynku taki model sprawdzał się doskonale.
Jednak wraz z dojrzewaniem sektora zmieniły się oczekiwania inwestorów.
Dodatkowo rosnąca konkurencja, coraz większa presja cenowa oraz postępująca standaryzacja procesów sprawiają, że marże w klasycznym modelu EPC systematycznie maleją. To skłania wiele firm do poszukiwania bardziej stabilnych i przewidywalnych źródeł przychodów.

Rynek dojrzał
Budowa farmy przestała być celem samym w sobie. Stała się początkiem procesu, który ma generować wartość przez kolejne 30, a często nawet 40 lat.
Dziś równie ważne jak koszt budowy są dostępność instalacji, strategia serwisowa, sposób sprzedaży energii, ograniczanie degradacji komponentów czy możliwość integracji z magazynami energii.
Inwestorzy coraz częściej patrzą na projekt jak na aktywo finansowe, którego wartość będzie budowana przez dekady, a nie jedynie do momentu zakończenia budowy.

W centrum uwagi pojawia się IPP
Independent Power Producer funkcjonuje według zupełnie innej logiki niż klasyczna firma EPC.
Najważniejszym celem nie jest zakończenie inwestycji, lecz osiąganie stabilnych i przewidywalnych przychodów przez cały okres eksploatacji aktywa.
Większego znaczenia nabierają długoterminowe kontrakty PPA, magazyny energii, systemy EMS i SCADA, analiza danych produkcyjnych oraz predykcyjne utrzymanie ruchu.
To właśnie dane, automatyzacja i umiejętność podejmowania decyzji w czasie rzeczywistym zaczynają decydować o rentowności projektu równie mocno jak jakość samej konstrukcji czy zastosowanych komponentów.
Nie jest przypadkiem, że równolegle rozwija się rynek magazynów energii.
Według prognoz SolarPower Europe europejski rynek magazynów energii może osiągnąć poziom 138 GWh nowych instalacji rocznie do 2030 roku. Pokazuje to, że przyszłość rynku będzie opierała się nie tylko na produkcji energii, ale również na jej magazynowaniu i inteligentnym zarządzaniu energią.

Granice między EPC i IPP zaczynają się zacierać
Najciekawsze jest jednak to, że rynek nie dzieli się już wyraźnie na wykonawców i właścicieli aktywów.
Duże firmy EPC coraz częściej rozwijają własne portfele projektów i same stają się producentami energii. Z drugiej strony wielu inwestorów buduje własne zespoły projektowe, zakupowe i techniczne, ograniczając zakres prac powierzanych wykonawcom.
Powstają organizacje, które odpowiadają za cały łańcuch wartości – od pozyskania projektu i finansowania, przez development, projektowanie i budowę, aż po wieloletnią eksploatację, sprzedaż energii oraz optymalizację przychodów.
To właśnie integracja kompetencji staje się dziś jednym z największych źródeł przewagi konkurencyjnej.

Europejski rynek już pokazuje kierunek
To nie jest wyłącznie teoria, ta zmiana dzieje się już dziś.
Dobrym przykładem jest BayWa r.e., która od wielu lat rozwija model łączący development, EPC, asset management oraz własny portfel aktywów energetycznych. Spółka rozwija farmy fotowoltaiczne, wiatrowe oraz magazyny energii, obejmując swoją działalnością praktycznie cały cykl życia projektu – od pozyskania lokalizacji, przez budowę, aż po zarządzanie aktywami i handel energią.
Podobną strategię realizuje TotalEnergies. Koncern konsekwentnie rozwija portfel odnawialnych źródeł energii oraz magazynów energii, inwestując zarówno w nowe projekty, jak i przejmując istniejące aktywa.
Produkcja energii staje się dla takich firm jednym z elementów znacznie szerszego modelu biznesowego obejmującego również handel energią, usługi systemowe oraz zarządzanie aktywami.
Takich przykładów jest coraz więcej. Deweloperzy stają się producentami energii, firmy EPC rozwijają usługi asset management, a tradycyjne koncerny energetyczne inwestują w cyfryzację, magazyny energii i handel energią.
Granice pomiędzy wykonawcą, inwestorem i operatorem stopniowo się zacierają.

Energia staje się częścią znacznie szerszego modelu biznesowego
Transformacja rynku nie kończy się na farmach fotowoltaicznych.
W wielu krajach Europy coraz częściej obserwujemy godziny z bardzo niskimi, a nawet ujemnymi cenami energii.
Rosnący udział odnawialnych źródeł energii oraz ograniczenia infrastruktury sieciowej powodują, że sama produkcja energii przestaje gwarantować wysoką rentowność inwestycji.
To sprawia, że kluczowe staje się nie tylko ile energii produkujemy, ale również kiedy ją sprzedajemy, czy możemy ją zmagazynować oraz czy jesteśmy w stanie świadczyć usługi wspierające pracę systemu elektroenergetycznego.
W tym świecie software staje się równie ważnym źródłem przewagi konkurencyjnej jak hardware.

Co to oznacza dla branży?
Nie oznacza to końca firm EPC.
Wręcz przeciwnie – transformacja energetyczna nadal będzie wymagała budowy ogromnej liczby nowych instalacji.
Zmienia się jednak źródło przewagi konkurencyjnej.
Dziś większego znaczenia nabierają kompetencje związane z handlem energią, finansowaniem projektów, magazynami energii, cyfryzacją oraz zarządzaniem aktywami.
To one będą decydowały o tym, kto osiągnie najwyższą wartość z inwestycji w całym cyklu jej życia.
Rynek OZE dojrzewa a wraz z nim zmienia się definicja sukcesu.
Nie kończy się więc rola EPC, lecz kończy się etap, w którym sama budowa była głównym źródłem przewagi.
Być może za kilka lat o pozycji lidera nie będzie decydować liczba wybudowanych megawatów, lecz wartość portfela aktywów, jakość zarządzania energią i zdolność do maksymalizacji przychodów przez kolejne dekady.
Historia OZE pokazuje, że każda dekada ma swoich liderów. Najpierw wygrywali producenci modułów. Później firmy EPC.
Dziś w mojej opinii, coraz większą wartość budują ci, którzy potrafią zarządzać energią przez kolejne trzy dekady.
Być może więc nie obserwujemy końca ery EPC, lecz początek nowego modelu rynku, w którym największy sukces odniosą organizacje łączące kompetencje dewelopera, wykonawcy, właściciela aktywów i operatora. To właśnie tam może powstawać największa wartość kolejnej dekady transformacji energetycznej.
A może największą zmianą nie jest sama transformacja technologiczna, lecz zmiana sposobu myślenia o tym, gdzie naprawdę powstaje wartość. Jeszcze niedawno tworzyła ją przede wszystkim budowa farmy. Dziś coraz częściej tworzy ją umiejętność zarządzania energią, danymi i aktywami przez cały cykl życia inwestycji.
To właśnie dlatego warto zadać pytanie: czy rzeczywiście kończy się era EPC, a rozpoczyna era IPP?
Nie kończy się więc rola EPC, lecz kończy się etap, w którym sama budowa była głównym źródłem przewagi.
Wiele wskazuje na to, że największym zwycięzcą kolejnej dekady nie będzie firma, która najszybciej wybuduje farmę. Będzie nią organizacja, która najskuteczniej będzie potrafiła zarządzać jej wartością przez następne trzydzieści lat.
Może jesteśmy świadkami narodzin nowego modelu, w którym największą przewagę osiągną organizacje potrafiące połączyć kompetencje wykonawcy, inwestora i operatora w jeden spójny ekosystem?


Magdalena Jurczuk

Intersolar 2026: zmiana logiki rynku OZE

Europa nauczyła się budować OZE na bezprecedensową skalę. Coraz większym wyzwaniem staje się jednak efektywne wykorzystanie energii, którą produkuje.
Dziś coraz wyraźniej widać, że samo zwiększanie mocy przestaje być najważniejszym wyzwaniem.
Rosnąca liczba godzin z ujemnymi cenami energii, przeciążenia sieci oraz ograniczenia generacji pokazują, że rynek wchodzi w nową fazę rozwoju.
To właśnie dlatego najciekawsze rozmowy podczas Intersolar 2026 nie dotyczyły kolejnych rekordów technologicznych.
Dotyczyły zarządzania energią, elastyczności systemu, sztucznej inteligencji oraz integracji coraz większej liczby aktywów energetycznych.

Europa zaczyna mierzyć się z własnym sukcesem
Transformacja energetyczna w Europie osiągnęła skalę, która jeszcze dekadę temu wydawała się trudna do wyobrażenia.
Łączna moc zainstalowanej fotowoltaiki w Unii Europejskiej przekroczyła już 400 GW. Dla porównania jeszcze dziesięć lat temu było to mniej niż 100 GW. W ciągu jednej dekady Europa zwiększyła swoje moce fotowoltaiczne ponad czterokrotnie, a energia słoneczna stała się jednym z filarów europejskiego systemu elektroenergetycznego.
Najbardziej spektakularnym przykładem pozostają Niemcy, które przekroczyły już poziom 100 GW zainstalowanej fotowoltaiki. Jednak podobne procesy obserwujemy również w innych krajach. Hiszpania należy dziś do największych rynków energii słonecznej w Europie. Polska natomiast staje się jednym z najaktywniejszych rynków magazynowania energii w Europie Środkowo-Wschodniej. Coraz większa liczba projektów BESS pokazuje, że również krajowy rynek zaczyna przechodzić od budowy źródeł do budowy elastyczności systemu.
To ogromny sukces europejskiej transformacji energetycznej.
Jednocześnie właśnie ten sukces zaczyna generować nowe wyzwania.
Europa nie wchodzi dziś w etap niedoboru energii.
Coraz częściej wchodzi w etap zarządzania jej nadmiarem.
Przez lata największym problemem był niedobór zielonej energii. Dziś coraz więcej krajów mierzy się z sytuacją odwrotną – okresowymi nadwyżkami produkcji, których system elektroenergetyczny nie zawsze jest w stanie efektywnie wykorzystać.
Rosnąca liczba godzin z ujemnymi cenami energii, ograniczenia generacji odnawialnych źródeł energii, przeciążenia sieci oraz problemy z dostępnością mocy przyłączeniowych pokazują, że kolejny etap transformacji będzie wyglądał zupełnie inaczej niż poprzedni.
W Niemczech liczba godzin z ujemnymi cenami energii liczona jest już w setkach godzin rocznie i systematycznie rośnie. Podobne zjawiska zaczynają pojawiać się również na innych europejskich rynkach o wysokim udziale OZE.
To pokazuje, że problemem nie jest już wyłącznie produkcja energii.
Coraz częściej wyzwaniem staje się jej magazynowanie, przesyłanie, bilansowanie oraz wykorzystanie w odpowiednim czasie.
Jeszcze dekadę temu najważniejszym pytaniem było: „Jak zwiększyć produkcję energii z OZE?”.Dziś coraz częściej pytamy: „Jak efektywnie wykorzystać energię, którą już produkujemy?”.
To właśnie dlatego podczas Intersolar 2026 znacznie częściej rozmawiano o elastyczności systemu, integracji technologii, cyfryzacji, zarządzaniu aktywami niż o samym magazynowaniu energii i modułach fotowoltaicznych.

Moduły - wyscig o kolejne Wp dobiega końca
Oczywiście rozwój technologii PV nie zwalnia. Na targach dominowały moduły TOPCon o mocach przekraczających 700 Wp. Wielu producentów prezentowało rozwiązania w przedziale 730–750 Wp, a równolegle rozwijane są technologie Back Contact oraz ogniwa tandemowe wykorzystujące perowskity.
Jednak w porównaniu z poprzednimi latami można było zauważyć istotną zmianę.
Jeszcze kilka edycji temu główną osią rywalizacji producentów były rekordy sprawności i mocy modułów a dziś technologia PV staje się produktem coraz bardziej dojrzałym.
Nie oznacza to końca innowacji, ale zmianę punktu ciężkości. Dalszy wzrost sprawności pozostaje ważny, jednak coraz rzadziej stanowi główne źródło przewagi konkurencyjnej. Rynek zaczyna przesuwać swoją uwagę z pytania: „Jak wyprodukować więcej energii?” na pytanie: „Jak zwiększyć wartość energii już wyprodukowanej?”.
To właśnie w tym miejscu zaczynają pojawiać się magazyny energii, systemy zarządzania energią, sztuczna inteligencja oraz nowoczesne rozwiązania O&M.

Magazyny energii stają się nowym standardem rynku
Jeżeli jedna technologia była obecna praktycznie na każdym kroku podczas Intersolar 2026, były nią magazyny energii.
Nie chodzi jednak wyłącznie o rosnącą liczbę prezentowanych rozwiązań bateryjnych. Znacznie ciekawsza była zmiana struktury rynku.
Jeszcze kilka lat temu magazyny energii rozwijane były głównie przez wyspecjalizowanych producentów oraz firmy koncentrujące się wyłącznie na tym segmencie rynku.
Dziś sytuacja wygląda zupełnie inaczej. Praktycznie każdy liczący się producent falowników, czy rozwiązań dla fotowoltaiki posiada już własną ofertę magazynowania energii lub aktywnie rozwija ten obszar działalności.
To wyraźny sygnał, że magazyny energii przestały być postrzegane jako osobny segment rynku.
Stają się integralnym elementem nowoczesnego systemu energetycznego.
Na targach można było zauważyć również dużą liczbę nowych dostawców, integratorów oraz producentów wchodzących do sektora magazynowania energii. Jednocześnie coraz większy nacisk kładziono nie na same parametry techniczne baterii, ale na systemy zarządzania energią, integrację z siecią, udział w usługach systemowych oraz optymalizację przychodów.
To pokazuje, że rynek dojrzewa.
Jeszcze kilka lat temu głównym pytaniem było: „Jak zbudować magazyn energii?”.Dziś coraz częściej pytanie brzmi: „Jak zarabiać na jego pracy i jak wykorzystać go do zwiększania elastyczności całego systemu energetycznego?”.
Coraz większe znaczenie mają systemy zarządzania energią oraz algorytmy decydujące o sposobie wykorzystania magazynu.
W praktyce oznacza to, że wartość magazynu energii nie wynika już wyłącznie z liczby ogniw znajdujących się w kontenerze.
O jego rentowności coraz częściej decyduje oprogramowanie.
To ono określa, kiedy energia zostanie zmagazynowana, kiedy sprzedana na rynku, kiedy wykorzystana na potrzeby usług systemowych, a kiedy przeznaczona do optymalizacji pracy całego obiektu.
Coraz częściej prezentowano również rozwiązania typu grid-forming, które pozwalają magazynom energii aktywnie wspierać stabilność systemu elektroenergetycznego. Jeszcze kilka lat temu funkcje te były domeną elektrowni konwencjonalnych.
Dziś zaczynają przejmować je technologie oparte na OZE i magazynach energii.
Dla zarządów i inwestorów jest to szczególnie istotna zmiana. W kolejnych latach przewagę konkurencyjną będą budowały nie tylko firmy posiadające dostęp do technologii, ale przede wszystkim te, które będą potrafiły efektywnie zarządzać energią w czasie.

O&M staje się strategicznym elementem rynku
Jednym z najbardziej widocznych trendów tegorocznych targów był dynamiczny rozwój rozwiązań związanych z eksploatacją i utrzymaniem aktywów energetycznych.
Nie jest to przypadek.
Europa posiada już setki gigawatów działających instalacji fotowoltaicznych oraz wiatrowych. Dla właścicieli aktywów coraz większe znaczenie ma nie koszt ich budowy, ale efektywność ich funkcjonowania przez kolejne 25–30 lat.
Szczególną uwagę zwracała liczba rozwiązań wspierających eksploatację aktywów energetycznych. Od autonomicznych robotów czyszczących moduły, przez systemy inspekcji wykorzystujące drony i termowizję, po zaawansowane platformy monitorujące pracę instalacji w czasie rzeczywistym.
Jeszcze kilka lat temu technologie te stanowiły ciekawy dodatek.
Dziś stają się jednym z kluczowych elementów modelu biznesowego właścicieli aktywów.
Dla farmy fotowoltaicznej o mocy 100 MW nawet niewielki spadek dostępności technicznej może oznaczać straty liczone w setkach tysięcy euro rocznie. Nic więc dziwnego, że inwestorzy coraz większą uwagę poświęcają ograniczaniu awaryjności, skracaniu czasu reakcji serwisowej oraz maksymalizacji uzysków energetycznych.
Przez lata głównym obszarem optymalizacji był CAPEX, czyli koszt budowy instalacji. Dziś coraz większe znaczenie ma OPEX oraz zdolność do maksymalizacji przychodów i dostępności aktywów przez cały okres ich eksploatacji. To kolejny sygnał świadczący o dojrzewaniu europejskiego rynku OZE.
Wraz z dojrzewaniem rynku coraz większa część wartości przesuwa się z etapu budowy do etapu eksploatacji.

AI wychodzi z prezentacji i trafia do codziennej pracy
Sztuczna inteligencja była obecna praktycznie wszędzie.
Co ważne, nie występowała już wyłącznie w roli modnego hasła marketingowego.
Coraz więcej rozwiązań wykorzystuje AI do realizacji konkretnych zadań operacyjnych.
Co istotne, sztuczna inteligencja przestaje pełnić rolę narzędzia wspierającego analizę danych. Coraz częściej staje się elementem automatyzującym decyzje operacyjne związane z pracą aktywów energetycznych.
Systemy analizują dane z tysięcy urządzeń, wykrywają anomalie, prognozują produkcję energii, wspierają planowanie działań serwisowych oraz optymalizują pracę magazynów energii.
To bardzo istotna zmiana.
Jeszcze niedawno przewagę konkurencyjną budowały przede wszystkim technologie sprzętowe.
Dziś coraz częściej budują ją dane oraz zdolność do ich wykorzystania.
Można wyobrazić sobie dwa projekty wyposażone w identyczne moduły, identyczne falowniki i identyczne magazyny energii.
Mimo to ich wyniki finansowe mogą znacząco się różnić.
O sukcesie coraz częściej decyduje nie sam sprzęt, ale sposób jego wykorzystania.

Przewaga przenosi się z hardware'u do software'u
To być może najważniejsza zmiana z punktu widzenia kolejnej dekady.
Przez ostatnie lata największą wartość w sektorze OZE tworzyły firmy projektujące, finansujące i budujące nowe moce wytwórcze.
W kolejnej dekadzie coraz większa część wartości może zostać wygenerowana przez podmioty zajmujące się zarządzaniem energią, magazynowaniem, usługami systemowymi, analizą danych oraz optymalizacją pracy istniejących aktywów.
To fundamentalna zmiana logiki rynku.
W centrum uwagi przestaje znajdować się sama produkcja energii.
Coraz większe znaczenie ma zarządzanie jej przepływem, dostępnością oraz wartością w czasie.
Dlatego tak dużą rolę zaczynają odgrywać systemy EMS, platformy asset management, cyfrowe bliźniaki, algorytmy predykcyjne oraz rozwiązania wykorzystujące sztuczną inteligencję.
Sprzęt pozostaje fundamentem transformacji energetycznej.
Jednak coraz większa część wartości przesuwa się do warstwy software'owej.
W praktyce oznacza to, że w ciągu najbliższych 5–10 lat największa część marży w sektorze energetycznym może przesunąć się z producentów sprzętu do firm zarządzających energią, agregatorów, operatorów magazynów energii oraz dostawców oprogramowania energetycznego.
Z perspektywy inwestorów oznacza to również zmianę sposobu budowania wartości aktywów energetycznych. Jeszcze kilka lat temu o sukcesie projektu decydował przede wszystkim koszt budowy oraz uzysk energii. Coraz częściej znaczenia nabiera zdolność aktywa do uczestnictwa w różnych segmentach rynku energii, usługach systemowych oraz mechanizmach elastyczności. W efekcie rośnie znaczenie kompetencji związanych z optymalizacją przychodów, a nie wyłącznie optymalizacją kosztów.

Sieć staje się nowym polem transformacji
Przez wiele lat głównym ograniczeniem rozwoju odnawialnych źródeł energii był koszt technologii.
Dziś sytuacja wygląda zupełnie inaczej.
Koszty technologii spadły do poziomów, które jeszcze dekadę temu wydawały się nieosiągalne. Coraz częściej problemem nie jest już dostępność technologii ani kapitału, lecz zdolność systemu elektroenergetycznego do przyjęcia nowych mocy.
Podczas wielu rozmów na Intersolar powracał ten sam temat: sieć staje się najcenniejszym zasobem transformacji energetycznej.
W wielu krajach Europy operatorzy systemów przesyłowych i dystrybucyjnych mierzą się z rekordową liczbą wniosków przyłączeniowych. Kolejne projekty fotowoltaiczne, wiatrowe i magazynowe czekają na możliwość podłączenia do sieci, a czas oczekiwania na warunki przyłączenia staje się jednym z kluczowych czynników wpływających na rozwój nowych inwestycji.
Nie jest przypadkiem, że coraz więcej uwagi poświęca się dziś rozwiązaniom związanym z elastycznością systemu, zarządzaniem popytem, usługami DSR, magazynami energii oraz technologiami umożliwiającymi bardziej efektywne wykorzystanie istniejącej infrastruktury sieciowej.
Można odnieść wrażenie, że europejska transformacja energetyczna wchodzi obecnie w etap, w którym równie ważne jak budowa nowych źródeł energii staje się budowanie zdolności systemu do ich integracji.
To właśnie dlatego coraz częściej mówi się nie tylko o megawatach nowych mocy, ale również o megawatach elastyczności.

Co to oznacza dla Polski?
Polska znajduje się dziś w podobnym punkcie, w którym kilka lat temu znajdowały się najbardziej rozwinięte rynki europejskie.
Coraz większa liczba projektów magazynowych, rosnące znaczenie usług elastyczności, problemy z przyłączeniami oraz coraz częstsze okresy bardzo niskich cen energii pokazują, że kierunek zmian jest podobny.
Największymi beneficjentami kolejnej fazy transformacji będą firmy, które potrafią patrzeć na energetykę nie tylko przez pryzmat budowy nowych aktywów, ale również przez pryzmat ich wieloletniego funkcjonowania.
Dotyczy to zarówno producentów technologii, inwestorów i operatorów aktywów, jak i firm świadczących usługi związane z zarządzaniem energią.
To właśnie tam będzie powstawała znacząca część przyszłej wartości rynku.

Rynek wchodzi w etap operacyjnej dojrzałości
Po Intersolar 2026 mam poczucie, że europejska energetyka przekroczyła symboliczny próg dojrzałości.
Przez ostatnie lata wyzwaniem było budowanie odnawialnych źródeł energii. W kolejnej dekadzie wyzwaniem będzie zarządzanie systemem, w którym tych źródeł są już setki gigawatów.
Zwycięzcami nowej fazy transformacji nie będą wyłącznie firmy posiadające najlepszą technologię. Coraz większą przewagę będą budowały organizacje potrafiące integrować źródła wytwórcze, magazyny energii, sieci, dane i oprogramowanie w jeden sprawnie działający ekosystem.
To właśnie dlatego symbolem Intersolar 2026 nie były dla mnie rekordowe moce modułów fotowoltaicznych czy BESS.
Były nimi systemy EMS, rozwiązania wykorzystujące sztuczną inteligencję oraz technologie zwiększające elastyczność systemu elektroenergetycznego.
Europejski rynek OZE nie wchodzi już wyłącznie w etap wzrostu.
Wchodzi w etap operacyjnej dojrzałości, w którym przewagę buduje nie ten, kto produkuje najwięcej energii, ale ten, kto potrafi nią najlepiej zarządzać.
A to może być największa zmiana od początku europejskiej transformacji energetycznej.


Magdalena Jurczuk

Europa przez lata budowała źródła energii. Teraz musi zbudować odbiorców.

Przez ostatnie dwie dekady europejska transformacja energetyczna była oparta na prostym założeniu: musimy produkować więcej czystej energii.

Budowaliśmy farmy wiatrowe, farmy fotowoltaiczne, rozwijaliśmy sieci przesyłowe i tworzyliśmy kolejne mechanizmy wsparcia dla odnawialnych źródeł energii.
Sukces transformacji mierzono liczbą nowych megawatów i gigawatów przyłączanych do systemu.

W dużej mierze ten cel został osiągnięty. Widać to w wielu krajach Europy.
Niemcy dysponują dziś ponad 175 GW mocy wiatrowych i fotowoltaicznych. Hiszpania przekroczyła 70 GW mocy z OZE zależnych od pogody, a Polska w ciągu zaledwie kilku lat zbudowała ponad 20 GW fotowoltaiki. Holandia stała się jednym z europejskich liderów energetyki słonecznej, mimo ograniczonej powierzchni kraju. W całej Europie coraz wyraźniej widać, że problemem przestaje być wyłącznie produkcja energii. Coraz częściej wyzwaniem staje się jej zagospodarowanie.

Paradoksalnie coraz częściej pojawia się jednak pytanie, które jeszcze kilka lat temu wydawało się absurdalne:
Czy Europa będzie w stanie wykorzystać energię, którą sama produkuje?

Jeszcze niedawno największym problemem był niedobór energii. Dziś coraz częściej wyzwaniem stają się okresy, w których energii jest bardzo dużo.

W słoneczne dni oraz podczas silnych wiatrów ceny energii na wielu europejskich rynkach spadają do bardzo niskich poziomów. Coraz częściej pojawiają się również ceny ujemne. Dla systemu energetycznego jest to sygnał, że podaż energii rośnie szybciej niż zdolność gospodarki do jej wykorzystania w danym momencie.

To nie oznacza, że Europa produkuje za dużo energii. Oznacza natomiast, że Europa nie buduje wystarczająco szybko nowych źródeł popytu.

I właśnie dlatego coraz więcej ekspertów zaczyna zadawać pytanie nie o to, ile energii będziemy produkować, lecz kto będzie ją konsumował.

To właśnie tutaj zaczyna się najciekawszy etap transformacji energetycznej.

Przez lata dyskutowaliśmy o tym, jak budować nowe źródła energii. W kolejnej dekadzie znacznie ważniejsze może okazać się pytanie, kto będzie odbiorcą tej energii.

Patrząc na świat, można odnieść wrażenie, że najwięksi gracze już zrozumieli, że sama produkcja energii nie wystarczy.

W Stanach Zjednoczonych rozwój sztucznej inteligencji już dziś wpływa na planowanie systemów energetycznych. Najwięksi gracze technologiczni inwestują miliardy dolarów w nowe centra danych, których zapotrzebowanie na energię liczone jest nie w megawatach, lecz często w setkach megawatów. Coraz częściej dostęp do energii staje się jednym z kluczowych czynników decydujących o lokalizacji dla nowych inwestycji.

Jeszcze ciekawszy przykład stanowią Chiny.
Chińska strategia nie polega wyłącznie na budowie farm fotowoltaicznych i wiatrowych. Równolegle rozwijane są fabryki baterii, elektromobilność, centra danych, przemysł energochłonny oraz infrastruktura sieciowa. Innymi słowy, Chiny budują jednocześnie podaż energii i popyt na energię.

To zasadnicza różnica względem Europy.
Podczas gdy Europa przez lata koncentrowała się przede wszystkim na zwiększaniu produkcji energii, Chiny budowały równolegle gospodarkę zdolną tę energię konsumować. W praktyce oznacza to, że wzrost produkcji energii jest tam powiązany z rozwojem nowych gałęzi gospodarki, które są jej odbiorcami.

W Europie coraz częściej widoczne są skutki odwrotnej sytuacji. Holandia, jeden z liderów transformacji energetycznej, zmaga się z przeciążeniami sieci i ograniczeniami przyłączeniowymi. W niektórych regionach problemem nie jest już brak energii, lecz brak infrastruktury pozwalającej przesłać ją do odbiorców lub wykorzystać ją w odpowiednim miejscu i czasie.

To również ważna informacja dla inwestorów.
W systemie, w którym coraz częściej pojawiają się godziny z bardzo niskimi lub ujemnymi cenami energii, sama produkcja energii przestaje gwarantować atrakcyjne zwroty z inwestycji. Rosnące znaczenie zyskują aktywa zapewniające elastyczność – magazyny energii, usługi DSR, elektrolizery czy centra danych.

Moim zdaniem, w kolejnej dekadzie większą wartość będzie miał nie ten, kto produkuje energię, lecz ten, kto potrafi ją wykorzystać we właściwym momencie.

To właśnie dlatego przyszłość transformacji energetycznej może zależeć nie tyle od liczby nowych gigawatów, ile od zdolności do tworzenia nowych sektorów gospodarki.

Pierwszym kandydatem są centra danych.
Rozwój sztucznej inteligencji powoduje gwałtowny wzrost zapotrzebowania na energię elektryczną. W wielu krajach energia staje się już strategicznym zasobem dla rozwoju AI.

Drugim obszarem jest przemysł.
Europa od lat mówi o dekarbonizacji hutnictwa, przemysłu chemicznego czy produkcji materiałów budowlanych. Wszystkie te procesy wymagają ogromnych ilości energii elektrycznej. Jeśli europejski przemysł ma pozostać konkurencyjny wobec Chin i Stanów Zjednoczonych, musi przejść proces głębokiej elektryfikacji.

Trzecim potencjalnym odbiorcą energii jest wodór.
Choć wokół gospodarki wodorowej pojawiło się wiele przesadnych oczekiwań, wodór nadal może odegrać istotną rolę jako odbiorca nadwyżek energii produkowanej przez farmy wiatrowe i fotowoltaiczne.

Coraz większe znaczenie będą miały również elektromobilność, pompy ciepła oraz inteligentne zarządzanie popytem.

Wszystkie te sektory mają jedną wspólną cechę. Nie produkują energii - zużywają ją.
Przez lata martwiliśmy się, czy będziemy mieli wystarczająco dużo energii.
Dziś coraz częściej powinniśmy zadawać sobie inne pytanie.

Czy zbudujemy gospodarkę, która będzie chciała tę energię wykorzystać?
W kolejnej dekadzie przewagę będą budować nie gigawaty, lecz gigawatogodziny skutecznie wykorzystane przez gospodarkę.
Europa zbudowała elektrownie a
teraz musi zbudować powód, dla którego będą pracować.


Magdalena Jurczuk

Local content. Czy Polska buduje własne kompetencje offshore, czy tylko obsługuje zagraniczne technologie?

Podczas tegorocznej konferencji PSEW w Świnoujściu pojęcie „local content” pojawiało się niemal równie często jak offshore.
Nie jest to przypadek.
Skala inwestycji planowanych na Bałtyku liczona jest w dziesiątkach miliardów złotych. Według różnych szacunków wartość inwestycji offshore na polskim Bałtyku w kolejnych latach może przekroczyć 100–150 mld zł.
Naturalnie pojawia się więc pytanie: jaka część tej wartości pozostanie w Polsce?Jeszcze kilka lat temu dyskusja o energetyce wiatrowej koncentrowała się głównie na produkcji energii, redukcji emisji i nowych mocach zainstalowanych.
Dziś coraz częściej rozmowa dotyczy czegoś zupełnie innego – kto będzie dostarczał komponenty, budował infrastrukturę i świadczył usługi związane z transformacją energetyczną.
To właśnie w tym miejscu pojawia się local content.

Czym właściwie jest local content?
W debacie publicznej local content najczęściej przedstawiany jest jako udział krajowych przedsiębiorstw w realizacji projektów offshore.
W praktyce pojęcie to jest jednak znacznie szersze.
Obejmuje nie tylko produkcję komponentów czy dostawy materiałów, ale również projektowanie, logistykę, usługi budowlane, serwis, badania i rozwój oraz tworzenie miejsc pracy w całym łańcuchu wartości.
To właśnie dlatego local content coraz częściej traktowany jest jako jeden z kluczowych wskaźników pokazujących, w jakim stopniu inwestycje energetyczne wspierają rozwój krajowej gospodarki.

Czy local content oznacza polski przemysł?
Na pierwszy rzut oka odpowiedź wydaje się oczywista.
Jeżeli polskie firmy uczestniczą w realizacji projektów, krajowa gospodarka korzysta.
Rzeczywistość jest jednak bardziej złożona.
Można bowiem postawić pytanie, czy local content oznacza budowę własnych kompetencji przemysłowych, czy przede wszystkim wykonywanie usług wokół technologii rozwijanych poza Polską.
W dyskusji o local content często koncentrujemy się na liczbie miejsc pracy, wartości kontraktów czy lokalizacji fabryk. Znacznie rzadziej rozmawiamy o tym, kto będzie właścicielem najwyższej wartości dodanej generowanej przez sektor offshore.
Nie wszystkie elementy łańcucha dostaw mają taką samą rentowność.
Inaczej wygląda produkcja komponentów, inaczej usługi instalacyjne, a jeszcze inaczej projektowanie, rozwój technologii czy zarządzanie aktywami energetycznymi.
Dlatego kluczowe pytanie brzmi nie tylko, ile pieniędzy zostanie w Polsce, ale również które segmenty rynku będą kontrolowane przez polskie przedsiębiorstwa za 10 czy 20 lat.
Od odpowiedzi na to pytanie będzie zależało, czy offshore stanie się impulsem do budowy nowoczesnego przemysłu, czy jedynie źródłem krótkoterminowych kontraktów.

Kto dziś dostarcza kompetencje dla offshore?
Morska energetyka wiatrowa jest stosunkowo młodym sektorem w Polsce, podczas gdy na Morzu Północnym rozwija się od kilkudziesięciu lat.
To właśnie tam budowano doświadczenie projektowe, kompetencje wykonawcze oraz wyspecjalizowane łańcuchy dostaw, które dziś uczestniczą również w projektach realizowanych na Bałtyku.
Wiele z tych kompetencji powstawało przez dekady dzięki stabilnym programom inwestycyjnym i przewidywalnemu otoczeniu regulacyjnemu.
W praktyce oznacza to, że część wartości związanej z projektowaniem, zarządzaniem realizacją, specjalistycznymi usługami instalacyjnymi czy know-how technologicznym nadal znajduje się poza Polską.
Historia wielu europejskich rynków pokazuje jednak, że kompetencje przemysłowe nie powstają podczas pojedynczych inwestycji. Powstają wtedy, gdy firmy mają możliwość realizowania projektów w sposób ciągły przez wiele lat.
Dlatego równie ważny jak udział polskich firm w pierwszej fali offshore jest harmonogram kolejnych projektów.
Bez ciągłości zamówień trudno budować zespoły, inwestować w technologie i rozwijać specjalistyczne kompetencje.

Najważniejsze pytanie dopiero przed nami
Nie jest to argument przeciwko offshore. Wręcz przeciwnie – jest to naturalny etap rozwoju rynku.
Każda nowa branża przechodzi podobną drogę.
Prawdziwe pytanie brzmi jednak, czy obecna fala inwestycji pozwoli polskim firmom stopniowo przejmować coraz bardziej zaawansowane kompetencje i budować własne przewagi konkurencyjne.
Czy za kilkanaście lat Polska będzie jedynie miejscem realizacji projektów, czy również krajem eksportującym technologie, know-how i wyspecjalizowane usługi dla offshore?
Warto również pamiętać, że podobną dyskusję obserwowaliśmy wcześniej w fotowoltaice. Polska zbudowała silne kompetencje projektowe, wykonawcze i serwisowe, jednak większość kluczowych technologii pozostała poza Europą.
Offshore daje dziś szansę na sprawdzenie, czy tym razem możliwe będzie przejęcie większej części łańcucha wartości.
To pytanie wydaje się znacznie ważniejsze niż sam udział procentowy local content w pojedynczych projektach.
Prawdziwym sukcesem offshore nie będzie liczba turbin na Bałtyku.
Będzie nim moment, w którym polskie firmy zaczną eksportować własne kompetencje, technologie i usługi na zagraniczne rynki.
Dopiero wtedy local content stanie się strategią przemysłową, a nie wyłącznie hasłem marketingowym towarzyszącym inwestycjom.


Magdalena Jurczuk

Po konferencji PSF jedno jest pewne: rynek OZE wszedł w nową fazę

Konferencje branżowe są ciekawe nie tylko ze względu na prezentacje i oficjalne wystąpienia.
Często więcej można dowiedzieć się z rozmów w kuluarach niż z samych paneli dyskusyjnych.
Po tegorocznej konferencji Polskiego Stowarzyszenia Fotowoltaiki mam poczucie, że polski rynek OZE przekroczył właśnie pewną granicę.
Nie jesteśmy już na etapie dynamicznego wzrostu napędzanego wyłącznie fotowoltaiką. Wchodzimy w etap dojrzałości, konsolidacji i integracji różnych technologii.
Najbardziej wyraźnie widać to w trzech obszarach.

U84 może uwolnić potencjał rynku
Jednym z najczęściej powracających tematów podczas konferencji były moce przyłączeniowe i sposób ich wykorzystania.
Przez ostatnie lata na rynku narastał problem tzw. projektów widmo.
Są to inwestycje, które posiadają warunki przyłączenia, ale z różnych powodów mają niewielkie szanse na realizację.
Część z nich powstała w zupełnie innych realiach rynkowych, część opiera się na założeniach ekonomicznych, które dziś trudno uznać za uzasadnione, a część od początku miała bardziej charakter spekulacyjny niż inwestycyjny.
Efekt jest prosty - cenne moce przyłączeniowe pozostają zablokowane przez projekty istniejące głównie na papierze, podczas gdy wiele nowych inwestycji posiadających finansowanie, gotowość wykonawczą i realnych inwestorów nie może uzyskać dostępu do sieci.
Jeżeli U84 doprowadzi do skutecznej weryfikacji takich projektów, może to być jedna z najważniejszych zmian dla rynku OZE w ostatnich latach.
Nie dlatego, że zwiększy liczbę dostępnych przyłączeń, ale dlatego, że pozwoli wykorzystać istniejącą infrastrukturę znacznie efektywniej.
Potrzebuje przede wszystkim efektywniejszego wykorzystania tych, które już zostały zarezerwowane.
To bardzo ważna zmiana nie tylko dla inwestorów.
To również szansa na bardziej racjonalne wykorzystanie potencjału sieci elektroenergetycznej i przyspieszenie realizacji projektów, które rzeczywiście mogą powstać.
W praktyce rynek nie potrzebuje dziś wyłącznie nowych mocy przyłączeniowych.

Rynek PV się skonsolidował
Jeszcze kilka lat temu praktycznie każdy chciał budować farmy fotowoltaiczne. Powstawały setki mniejszych projektów, a liczba podmiotów działających w branży rosła z miesiąca na miesiąc.
Dziś sytuacja wygląda inaczej.
Rosnące wymagania finansowe, trudniejszy dostęp do przyłączeń, wyższe koszty kapitału oraz coraz większa konkurencja sprawiły, że rynek naturalnie zaczął się konsolidować.
Na konferencji było to bardzo dobrze widoczne.
Pozostało mniej graczy, ale są to firmy znacznie bardziej dojrzałe organizacyjnie i finansowo. Coraz większe znaczenie mają doświadczenie, zdolność realizacji dużych inwestycji, dostęp do kapitału oraz umiejętność zarządzania ryzykiem.
Moim zdaniem, nie oznacza to końca rozwoju rynku.
Oznacza jedynie, że skończył się etap łatwego wzrostu.

Magazyny energii stały się nowym centrum rynku
Największym tematem konferencji nie była sama fotowoltaika.
Najwięcej rozmów dotyczyło magazynów energii.
Jeszcze kilka lat temu BESS był traktowany jako technologia przyszłości.
Dziś stał się jednym z głównych kierunków rozwoju branży. Coraz więcej firm inwestuje w budowę kompetencji związanych z magazynowaniem energii, integracją systemów oraz usługami systemowymi.
To właśnie tutaj widać największą zmianę strategiczną.
Firmy, które odpowiednio wcześnie postawiły na dywersyfikację działalności, rozwój kompetencji EPC, usługi wykonawcze czy magazyny energii, znajdują się dziś w znacznie lepszej pozycji niż podmioty skoncentrowane wyłącznie na jednym segmencie rynku.
Jednocześnie warto zachować ostrożność przy analizie publikowanych portfeli projektów BESS.
Dziś mówimy o dziesiątkach gigawatów projektów magazynowych znajdujących się na różnych etapach rozwoju.
Historia rynku PV pokazuje jednak, że pomiędzy projektem posiadającym warunki przyłączenia a projektem oddanym do eksploatacji istnieje ogromna różnica.
O sukcesie nie decyduje sam projekt, lecz dostęp do kapitału, model biznesowy, możliwości przyłączeniowe, kompetencje zespołu i zdolność realizacji inwestycji.
Nie można wykluczyć, że część obecnie rozwijanych projektów magazynowych podzieli los wielu projektów PV z poprzednich lat i nie przejdzie do etapu realizacji.
Doświadczenia rynku PV pokazują, że pomiędzy projektami znajdującymi się w pipeline a mocą faktycznie oddaną do eksploatacji istnieje istotna różnica. Podobnego zjawiska można spodziewać się również na rynku magazynów energii.
Rynek będzie musiał przejść naturalny proces selekcji.

Energetyka wiatrowa ponownie nabiera rozpędu
Drugim bardzo wyraźnym sygnałem jest powrót energetyki wiatrowej.
Po latach spowolnienia sektor ponownie przyciąga uwagę inwestorów, deweloperów oraz dostawców technologii. Coraz częściej mówi się nie tylko o nowych projektach onshore, ale również o rozwoju całego ekosystemu związanego z offshore.
To istotna zmiana, ponieważ transformacja energetyczna nie będzie oparta na jednej technologii.
Coraz wyraźniej widać, że przyszły system energetyczny będzie budowany nie wokół jednej technologii, lecz wokół współpracy fotowoltaiki, energetyki wiatrowej i magazynów energii.
Wiele wskazuje na to, że również sektor wiatrowy wchodzi dziś w nową fazę rozwoju. To kolejny dowód na to, że rynek OZE dojrzewa i coraz bardziej koncentruje się na budowie kompletnego systemu energetycznego, a nie pojedynczych źródeł wytwórczych.

Po konferencji PSF jedno jest dla mnie pewne - rynek OZE wszedł w nową fazę.
Kończy się okres, w którym o sukcesie decydowała przede wszystkim liczba rozwijanych projektów. Coraz większe znaczenie mają jakość aktywów, dostęp do kapitału, kompetencje wykonawcze oraz zdolność integrowania różnych technologii.
U84 może przyspieszyć oczyszczanie rynku z projektów widmo i uwolnić potencjał istniejącej infrastruktury.
Magazyny energii stają się jednym z głównych kierunków rozwoju sektora, choć również tutaj rynek będzie musiał zweryfikować, które projekty mają realne szanse realizacji. Jednocześnie coraz wyraźniej wraca energetyka wiatrowa, która może stać się kolejnym filarem transformacji.
Moim zdaniem najbliższe lata będą okresem selekcji.
Wygrywać będą nie ci, którzy posiadają najwięcej projektów na papierze, lecz ci, którzy potrafią skutecznie przeprowadzić inwestycję od pomysłu do eksploatacji, zarządzać ryzykiem i budować wartość w całym łańcuchu energetycznym.
Największą zmianą, jaką dziś obserwujemy, nie jest rozwój pojedynczej technologii.
Największą zmianą jest dojrzewanie całego rynku.


Magdalena Jurczuk

W energetyce przewaga przenosi się z hardware’u do software’u

Przez lata wydawało się, że o sukcesie transformacji energetycznej zdecyduje przede wszystkim skala inwestycji w nowe aktywa. Więcej farm fotowoltaicznych, więcej turbin wiatrowych, więcej magazynów energii. Logika była prosta: kto zbuduje więcej mocy, ten będzie wygrywał.
Dziś coraz wyraźniej widać, że sama infrastruktura może nie wystarczyć.
W świecie rosnącej penetracji OZE największą wartość zaczynają tworzyć nie urządzenia, lecz algorytmy, które nimi zarządzają. Przewaga konkurencyjna coraz częściej nie wynika z tego, jakie aktywa posiadamy, ale z tego, jak skutecznie potrafimy je wykorzystać.
To oznacza, że energetyka wchodzi w nową fazę rozwoju. Fazę, w której software staje się równie ważny jak hardware.

Od niedoboru energii do problemu jej nadmiaru
Przez dziesięciolecia europejski system elektroenergetyczny był budowany wokół dużych, sterowalnych źródeł wytwórczych. Elektrownie produkowały energię wtedy, gdy była potrzebna.
Produkcja podążała za popytem.
Rozwój odnawialnych źródeł energii zmienił tę zależność.
Produkcja energii coraz częściej zależy od warunków pogodowych, a nie od decyzji operatora. W słoneczne i wietrzne dni system może produkować ogromne ilości energii, niezależnie od tego, czy odbiorcy jej potrzebują.
Jeszcze kilka lat temu głównym wyzwaniem transformacji energetycznej był niedobór zielonej energii. Dziś coraz częściej problemem staje się jej nadmiar w określonych godzinach.
W wielu krajach Europy liczba godzin z bardzo niskimi lub nawet ujemnymi cenami energii rośnie z roku na rok. Coraz częściej obserwujemy sytuacje, w których energia jest dostępna, ale system nie potrafi jej efektywnie wykorzystać.
To fundamentalna zmiana.
Wartość przestaje wynikać wyłącznie z produkcji energii. Coraz większą rolę zaczyna odgrywać zdolność do przewidywania, sterowania i optymalizacji przepływów energii w czasie.
Energetyka staje się grą o elastyczność.

Magazyny energii są w rzeczywistości biznesem software’owym
Najlepiej widać to na przykładzie magazynów energii.
Na pierwszy rzut oka mogłoby się wydawać, że sukces projektu zależy przede wszystkim od jakości ogniw, parametrów falowników czy konfiguracji systemu.
W rzeczywistości dwa identyczne magazyny energii mogą osiągać zupełnie różne wyniki finansowe.
Powód jest prosty.
O wyniku ekonomicznym coraz częściej decydują:
• prognozy cen energii,
• prognozy generacji OZE,
• algorytmy optymalizacji,
• strategie handlowe,
• uczestnictwo w rynku bilansującym,
• zarządzanie ryzykiem operacyjnym.
Bateria sama w sobie nie generuje wartości.
Wartość generują decyzje podejmowane przez system sterowania.
To software decyduje, kiedy magazyn powinien się ładować, kiedy rozładowywać, kiedy świadczyć usługi systemowe, a kiedy pozostać w gotowości.
W praktyce oznacza to, że magazyn energii coraz częściej staje się infrastrukturą wykonawczą, natomiast przewaga konkurencyjna powstaje w warstwie cyfrowej.
Ogniwa można kupić od wielu producentów. Falowniki również.
Znacznie trudniej zbudować algorytm, który przez kilkanaście lat będzie podejmował lepsze decyzje niż konkurencja.

Aktywa stają się coraz bardziej podobne
To zjawisko nie dotyczy wyłącznie magazynów energii.
W miarę dojrzewania rynku różnice technologiczne pomiędzy urządzeniami maleją. Sprawność rośnie coraz wolniej, a parametry techniczne stopniowo się standaryzują.
Oczywiście nadal istnieją różnice pomiędzy producentami. Jednak ich wpływ na końcowy wynik biznesowy staje się coraz mniejszy w porównaniu z jakością zarządzania aktywem.
To proces, który obserwowaliśmy już w wielu innych sektorach gospodarki.
W świecie smartfonów największą wartość nie przejęli producenci podzespołów, lecz twórcy systemów operacyjnych i platform cyfrowych.
W motoryzacji samochód coraz częściej określany jest jako komputer na kołach.
W logistyce przewagę budują firmy, które potrafią najlepiej zarządzać przepływem informacji.
W każdym przypadku schemat jest podobny.
Gdy hardware staje się powszechnie dostępny, wartość przesuwa się do software’u.
Energetyka może podążać dokładnie tą samą ścieżką.

Kto będzie właścicielem inteligencji systemu?
To jedno z najważniejszych pytań dla kolejnej dekady transformacji energetycznej.
Coraz większe znaczenie zyskują systemy EMS, DERMS, VPP, platformy agregacyjne oraz rozwiązania służące do zarządzania elastycznością.
Ich zadaniem nie jest produkcja energii.
Ich zadaniem jest podejmowanie decyzji.
To właśnie te systemy będą decydować:
• kiedy ograniczyć produkcję,
• kiedy sprzedać energię,
• kiedy kupić energię,
• kiedy świadczyć usługi dla operatora systemu.
W świecie wysokiego udziału OZE liczba takich decyzji będzie rosła wykładniczo.
Żaden człowiek nie będzie w stanie podejmować ich ręcznie.
Kluczową rolę przejmą algorytmy.
Powstaje więc pytanie, które jeszcze kilka lat temu wydawało się abstrakcyjne:
Czy przyszli liderzy energetyki będą przypominać tradycyjne koncerny energetyczne, czy raczej firmy technologiczne?

Dane stają się nowym paliwem
Przewaga wynikająca zsoftware’u nie wynika wyłącznie z automatyzacji.
Równie ważne są dane.
Każdy magazyn energii, każda farma fotowoltaiczna, każda turbina wiatrowa i każdy inteligentny licznik generują ogromne ilości informacji.
Sama dostępność danych nie tworzy jednak wartości.
Wartość tworzy zdolność do ich interpretacji.
Firmy, które nauczą się szybciej analizować dane i skuteczniej przewidywać zachowania systemu, mogą uzyskać przewagę trudną do skopiowania.
To właśnie dlatego coraz częściej mówi się o energetyce jako sektorze infrastrukturalno-cyfrowym.
Infrastruktura pozostaje fundamentem.
Ale to warstwa cyfrowa zaczyna decydować o efektywności całego systemu.

Nowa definicja przewagi
Energetyka nie przestaje być sektorem infrastrukturalnym.
Nadal potrzebujemy farm fotowoltaicznych, farm wiatrowych, magazynów energii, sieci przesyłowych i stacji elektroenergetycznych.
Bez hardware’u transformacja energetyczna nie jest możliwa.
Zmienia się jednak źródło przewagi konkurencyjnej.
Przez ostatnie dwie dekady przewagę budowano poprzez posiadanie aktywów.
W kolejnych latach przewagę będzie budować zdolność do ich optymalizacji.
To nie oznacza końca znaczenia infrastruktury.
To oznacza, że infrastruktura przestaje być wystarczająca.
W świecie pełnym OZE najcenniejsza nie będzie sama energia.
Najcenniejsza będzie zdolność do decydowania, kiedy, gdzie i za ile ta energia zostanie wykorzystana.
I właśnie dlatego przewaga w energetyce coraz wyraźniej przenosi się z hardware’u do software’u.


Magdalena Jurczuk

Czy Europa kończy epokę taniej stali?

Od lipca 2026 Unia Europejska jednocześnie zaostrza kontyngenty importowe na stal i uruchamia pełny mechanizm CBAM. To nie wygląda już jak klasyczna polityka klimatyczna. Europa zaczyna budować nowy system kontroli dostępu do własnego rynku - poprzez emisje, pochodzenie materiałów, limity handlowe i standardy przemysłowe.
W praktyce oznacza to początek zupełnie nowej epoki dla hutnictwa, energetyki, OZE i całych europejskich łańcuchów dostaw.
Transformacja energetyczna coraz mniej przypomina dziś wyłącznie projekt klimatyczny. Coraz bardziej staje się projektem geopolitycznym i przemysłowym.

Europa zmienia zasady gry
Przez dekady globalizacja przemysłowa opierała się głównie na jednym założeniu: produkcja ma być jak najtańsza. Europa przez lata akceptowała model, w którym energochłonna produkcja stopniowo opuszczała UE, część przemysłu przenosiła się do Azji, a europejska gospodarka coraz mocniej opierała się na imporcie.
CBAM zaczyna odwracać ten model. Europa zaczyna wyceniać nie tylko sam produkt, ale również emisje, miks energetyczny, ślad węglowy i sposób produkcji. Jednocześnie kontyngenty importowe ograniczają fizyczny dostęp części stali do europejskiego rynku.
CBAM ogranicza opłacalność wysokoemisyjnego importu a kontyngenty ograniczają jego skalę.
Razem tworzą podwójną barierę wejścia. Nawet jeśli producent spoza UE zaakceptuje koszt emisji, nadal może nie mieć pełnego dostępu do rynku z powodu limitów importowych. Europa coraz wyraźniej pokazuje, że nie chce już wyłącznie wolnego handlu a chce kontrolować, kto i na jakich warunkach ma dostęp do europejskiego przemysłu.

To odpowiedź Europy na Chiny
Zaostrzenie polityki handlowej UE nie jest przypadkiem. Światowy rynek stali od lat zmaga się z ogromną nadprodukcją - przede wszystkim w Chinach. Dodatkowo Stany Zjednoczone coraz mocniej ograniczają dostęp części azjatyckiego eksportu do własnego rynku. Nadwyżki produkcyjne zaczynają więc szukać nowego ujścia i Europa doskonale to widzi.
CBAM nie jest już wyłącznie polityką klimatyczną. To europejska odpowiedź na chińską nadprodukcję przemysłową.
Europa nie próbuje już wygrać z Chinami niższym kosztem natomiast próbuje ograniczyć Chinom dostęp do własnego rynku. Bruksela obawia się dumpingu cenowego, utraty rentowności europejskich hut oraz dalszej utraty strategicznych mocy przemysłowych. Dlatego safeguardy coraz mniej przypominają tymczasowe narzędzie ochronne. Coraz bardziej wyglądają jak trwały element europejskiej polityki bezpieczeństwa gospodarczego.

Rynek już zaczął się zmieniać
Choć pełny CBAM formalnie działa od 2026 roku, rynek reaguje już od dłuższego czasu. Importerzy zaczęli wyceniać przyszłe koszty emisji jeszcze przed wejściem systemu. Europejskie ceny stali rosną. Spread między Europą a Azją zwiększa się. Import staje się mniej przewidywalny, a pochodzenie materiału zaczyna mieć coraz większe znaczenie. Szczególnie widoczne jest to w segmencie flat steel, coil, stainless steel oraz electrical steel. Europejski rynek stali zaczyna stopniowo odrywać się od globalnej konkurencji cenowej i właśnie tutaj pojawia się jedna z najważniejszych zmian strukturalnych.

Stal przestaje być zwykłym commodity
Przez dekady stal była przede wszystkim commodity - liczyła się głównie cena. CBAM zaczyna zmieniać samą definicję konkurencyjności przemysłowej. Importerzy i odbiorcy coraz częściej pytają już nie tylko o cenę, ale również o ślad węglowy materiału, miks energetyczny, technologię produkcji oraz możliwość weryfikacji emisji.
Powstaje nowy podział rynku: standard steel, low-carbon steel i near-zero steel. Ślad węglowy zaczyna stawać się pełnoprawnym parametrem handlowym. To fundamentalna zmiana dla całego przemysłu ciężkiego.

Europa chce odbudować własne hutnictwo
CBAM i ograniczenia importowe poprawiają pozycję europejskich producentów stali. Największymi beneficjentami mogą być producenci flat steel, specialty steel oraz projekty green steel oparte na EAF, DRI i wodorze. Mechanizmy ochronne poprawiają siłę cenową, zwiększają przewidywalność rynku i ułatwiają uzasadnienie inwestycji dekarbonizacyjnych.
Dla części sektora to pierwszy moment od wielu lat, gdy rynek zaczyna wierzyć, że europejskie hutnictwo może odzyskać rentowność. Problem polega jednak na tym, że Europa próbuje rozwiązać jeden kryzys, ryzykując stworzenie kolejnego.

Problem zaczyna się downstream
Firmy wykorzystujące stal nadal konkurują globalnie, ale coraz częściej muszą kupować droższy materiał i właśnie tutaj pojawia się fundamentalne napięcie europejskiej polityki przemysłowej. UE próbuje jednocześnie chronić producentów stali, utrzymać konkurencyjność przemysłu eksportowego, przyspieszać transformację energetyczną i ograniczać koszty energii. Problem polega na tym, że cele te zaczynają się ze sobą konfliktować. Ochrona hutnictwa oznacza droższą stal a droższa stal oznacza droższą transformację. Droższa transformacja zwiększa koszt infrastruktury i energii. Dlatego coraz silniejszy jest lobbing na rzecz rozszerzenia CBAM również na gotowe produkty i komponenty.
Jeżeli UE zdecyduje się na taki krok po 2027 roku, CBAM przestanie być wyłącznie mechanizmem klimatycznym. Stanie się pełnoprawnym narzędziem polityki przemysłowo-handlowej.

Transformacja energetyczna również zapłaci wyższą cenę
To może być jeden z najbardziej niedocenianych skutków całego procesu. Stal pozostaje podstawowym materiałem dla offshore wind, transformatorów, sieci przesyłowych, magazynów energii, konstrukcji PV oraz infrastruktury wodorowej. Paradoks polega na tym, że Europa próbuje przyspieszyć transformację energetyczną, jednocześnie podnosząc koszt jej podstawowego surowca. Każdy transformator, konstrukcja PV czy infrastruktura sieciowa stają się dziś pośrednio zależne od polityki handlowej UE. Szczególnie wrażliwe mogą być offshore wind, infrastruktura sieciowa oraz specialty steel dla elektroenergetyki i właśnie tutaj pojawia się kolejny problem.

Europa może zderzyć się z bottleneckiem infrastrukturalnym
Jednym z najbardziej niedocenianych ryzyk pozostaje stal elektrotechniczna. Transformacja energetyczna wymaga ogromnych ilości grain-oriented electrical steel oraz wyspecjalizowanych stopów dla elektroenergetyki. Europa ma jednak ograniczone moce produkcyjne w tym obszarze i nadal pozostaje częściowo zależna od importu. Jeżeli równolegle ogranicza handel, zwiększa popyt na infrastrukturę, rozbudowuje sieci i przyspiesza elektryfikację, może pojawić się realny bottleneck dla rozwoju całego systemu elektroenergetycznego. To potencjalnie jeden z największych problemów infrastrukturalnych UE po 2027 roku.

Green steel potrzebuje taniej energii
CBAM i safeguardy nie rozwiązują jednak najważniejszego problemu europejskiego hutnictwa: wysokich kosztów energii. Produkcja green steel wymaga ogromnych ilości energii elektrycznej, taniego OZE, rozbudowy sieci oraz stabilnego systemu energetycznego. Jeżeli Europa utrzyma wysokie ceny energii, sama ochrona rynku może nie wystarczyć do odbudowy konkurencyjności przemysłowej, gdyż green steel bez taniej energii bardzo szybko traci globalną konkurencyjność.

Nadchodzi era „material passport”
Bruksela coraz mocniej koncentruje się również na ograniczaniu obchodzenia CBAM. Pojawiają się obawy dotyczące zmiany kraju pochodzenia, reeksportu, prostego processingu poza UE czy manipulacji emisjami. Dlatego UE rozwija bardziej restrykcyjne zasady pochodzenia, monitoring upstreamu oraz cyfrowe systemy traceability. To może być początek znacznie większego trendu - cyfrowych paszportów materiałowych dla przemysłu ciężkiego.
Europa zaczyna budować system, w którym sam produkt przestaje wystarczać a coraz większe znaczenie będzie mieć również to, gdzie powstał, z jakiej energii i z jakim śladem emisyjnym.

Europa buduje nową granicę przemysłową
CBAM i kontyngenty razem tworzą coś znacznie większego niż klasyczna polityka klimatyczna. Powstaje system kontroli dostępu do europejskiego rynku - poprzez emisje, limity handlowe, standardy środowiskowe i traceability. Europa przechodzi od modelu globalizacji opartej na najniższym koszcie do modelu regionalizacji, bezpieczeństwa przemysłowego i strategicznych łańcuchów dostaw a to wpisuje się w dużo większy globalny trend:
USA → Inflation Reduction Act,
Chiny → strategic industrial policy,
UE → climate-industrial security.
Transformacja energetyczna coraz bardziej staje się dziś konkurencją o przemysł, energię, surowce i kontrolę nad infrastrukturą.

Najważniejszy problem Europy może dopiero nadchodzić
Europa próbuje jednocześnie zdekarbonizować przemysł, chronić własne hutnictwo, ograniczyć zależność od Chin i przyspieszyć transformację energetyczną. Problem polega na tym, że te cele coraz częściej zaczynają się ze sobą zderzać. Ochrona hutnictwa oznacza droższą stal. Droższa stal oznacza droższą transformację. Droższa transformacja zwiększa koszt infrastruktury i energii, a wysokie ceny energii dodatkowo osłabiają konkurencyjność europejskiego przemysłu. Być może największym pytaniem następnej dekady nie będzie już tempo transformacji energetycznej.
Coraz ważniejsze staje się pytanie: czy Europę będzie jeszcze stać na własny przemysł.


Magdalena Jurczuk

Przez ostatnią dekadę transformacja energetyczna była opowiadana przede wszystkim jako historia decentralizacji systemu energetycznego.
Narracja rynku koncentrowała się wokół milionów prosumentów, dachowych instalacji PV, lokalnych magazynów energii, smart homes i community energy, budując wizję świata, w którym tradycyjny model oparty o wielkie elektrownie oraz scentralizowane utility stopniowo traci znaczenie.
Ta narracja była częściowo prawdziwa. Problem polega jednak na tym, że opisywała jedynie fragment procesu, który właśnie redefiniuje globalną energetykę.
Równolegle do decentralizacji na poziomie użytkownika dzieje się coś pozornie sprzecznego: cały system energetyczny staje się większy, bardziej infrastrukturalny i bardziej scentralizowany niż kiedykolwiek wcześniej. Moim zdaniem może właśnie to jest najważniejszym paradoksem transformacji energetycznej XXI wieku.

Im więcej decentralizacji, tym większe znaczenie systemu
Na poziomie lokalnym energetyka rzeczywiście się rozprasza.
Globalna moc PV przekroczyła już 2,2 TW, a sam 2024 rok zakończył się rekordowym przyrostem około 597 GW nowych instalacji słonecznych. Oznacza to, że świat w ciągu jednego roku dobudował więcej fotowoltaiki niż wynosiła cała globalna moc PV jeszcze kilka lat temu.
Równolegle rośnie liczba prosumentów, domowych magazynów energii, samochodów elektrycznych i urządzeń reagujących dynamicznie na ceny energii oraz sygnały płynące z systemu elektroenergetycznego.
Powstaje nowy model rynku, w którym odbiorca energii przestaje być biernym konsumentem, a zaczyna aktywnie uczestniczyć w funkcjonowaniu systemu poprzez produkcję energii, magazynowanie jej, reagowanie na ceny czy udział w mechanizmach elastyczności.
Energetyka przestaje więc być jednokierunkową usługą. Jednocześnie pojawia się jednak problem, który przez lata praktycznie nie istniał w debacie publicznej: system oparty o miliony niestabilnych i rozproszonych źródeł jest nieporównywalnie trudniejszy do zarządzania niż system oparty o kilka dużych elektrowni pracujących w sposób przewidywalny.
Energia elektryczna nadal musi być bilansowana w czasie rzeczywistym, częstotliwość systemu nadal musi utrzymywać stabilne 50 Hz, a energia nadal musi fizycznie przepływać przez sieci dokładnie wtedy, gdy jest potrzebna.
To właśnie dlatego wraz ze wzrostem udziału OZE gwałtownie rośnie znaczenie sieci, forecastingu, software’u, magazynów energii i szeroko rozumianej elastyczności systemowej.
Transformacja energetyczna nie eliminuje wielkiej infrastruktury energetycznej, ona wręcz ją radykalnie powiększa.
Tutaj właśnie zaczyna pojawiać się fundamentalna zmiana logiki rynku, ponieważ przez dekady energetyka była budowana głównie wokół produkcji energii, podczas gdy dziś coraz większa wartość przesuwa się w stronę zdolności zarządzania niestabilnością systemu oraz integracji ogromnej liczby rozproszonych aktywów.

AI i data centers przywracają logikę hiperskali
Jeszcze ważniejszy jest jednak drugi proces, który dzieje się równolegle do decentralizacji energetyki. W tym samym momencie, w którym system staje się coraz bardziej rozproszony na poziomie użytkownika końcowego, gospodarka cyfrowa zaczyna generować gigantycznie scentralizowany popyt na energię.
AI oraz hyperscale data centers zmieniają dziś geografię systemu energetycznego szybciej, niż większość rynku zdążyła zauważyć. Jeszcze kilka lat temu typowe centrum danych zużywało kilkadziesiąt megawatów energii, natomiast dziś największe projekty AI zaczynają mówić o zapotrzebowaniu liczonym już w gigawatach.
Dla porównania - 1 GW ciągłego zapotrzebowania na energię odpowiada mniej więcej dużemu blokowi energetycznemu albo konsumpcji energii przez średniej wielkości europejskie miasto.
Oznacza to, że pojedyncze klastry AI zaczynają wpływać na planowanie infrastruktury energetycznej w skali regionalnej, a w niektórych przypadkach wręcz wymuszają budowę nowej infrastruktury przesyłowej oraz nowych źródeł energii dedykowanych konkretnym lokalizacjom.
Microsoft, Google, Amazon czy Meta coraz częściej planują dziś infrastrukturę energetyczną praktycznie równolegle z budową swoich data centers. Powstają hyperscale substations, utility-scale storage hubs, dedykowane linie przesyłowe oraz regionalne energy corridors budowane wokół potrzeb Big Tech.
W praktyce oznacza to, że energetyka zaczyna przypominać architekturę internetu - miliardy zdecentralizowanych użytkowników funkcjonują na końcu systemu, ale realne przepływy coraz częściej kontrolowane są przez kilka gigantycznych centrów infrastrukturalnych.
Jeszcze kilka lat temu transformacja energetyczna była opowiadana jako historia lokalności i niezależności energetycznej.
Dziś coraz wyraźniej widać jednak, że równolegle budowany jest świat hiperskali.

OZE zwiększają znaczenie super-sieci
Paradoksalnie również sama ekspansja OZE wzmacnia centralizację infrastruktury.
Według IEA świat dodał w 2024 roku prawie 700 GW nowych mocy odnawialnych, z czego blisko 80% stanowiła fotowoltaika. Jednocześnie Międzynarodowa Agencja Energetyczna prognozuje, że do 2030 roku globalna moc OZE wzrośnie o kolejne 4 600 GW.
Najtańsze źródła energii bardzo często znajdują się jednak daleko od centrów konsumpcji. Offshore wind rozwija się na morzu, wielkoskalowe farmy PV budowane są tam, gdzie dostępny jest grunt i odpowiednie nasłonecznienie, a północne farmy wiatrowe znajdują się setki kilometrów od największych odbiorców przemysłowych.
To wymusza rozwój coraz większych sieci przesyłowych, interkonektorów oraz kontynentalnych mechanizmów bilansowania energii.
Według Międzynarodowej Agencji Energetycznej do 2040 roku świat będzie musiał zbudować lub zmodernizować ponad 80 milionów kilometrów sieci energetycznych, czyli mniej więcej tyle, ile wynosi cała obecna globalna infrastruktura sieciowa.
IEA szacuje również, że globalne inwestycje w sieci będą musiały wzrosnąć do ponad 600 miliardów dolarów rocznie jeszcze przed 2030 rokiem i właśnie tutaj zaczyna pojawiać się największy bottleneck transformacji.
Nie w modułach PV, nie w turbinach, ale w sieciach, transformatorach, przyłączeniach oraz zdolności integracji systemu.
W wielu krajach czas oczekiwania na przyłączenie nowych projektów zaczyna być już dłuższy niż czas samej budowy farm PV lub BESS, co pokazuje, że transformacja coraz bardziej staje się problemem infrastrukturalnym, a nie technologicznym.
To również zmienia logikę kapitału. Jeszcze kilka lat temu największą premię rynkową otrzymywały firmy produkujące technologię, podczas gdy dziś coraz większa wartość zaczyna przesuwać się w stronę właścicieli infrastruktury krytycznej, operatorów sieci, storage oraz platform zarządzających elastycznością systemu.

Storage również przechodzi proces centralizacji
W debacie publicznej magazyny energii są często przedstawiane głównie jako technologia prosumencka, jednak największe znaczenie systemowe zaczynają mieć utility-scale BESS oraz grid-forming batteries.
IEA zakłada, że do 2030 roku świat będzie potrzebował około 1 500 GW storage, z czego mniej więcej 1 200 GW mają stanowić baterie.
Powód jest prosty: duże magazyny znacznie łatwiej integrują się z operatorami systemów, efektywniej zarządzają congestion, lepiej stabilizują sieć i mogą świadczyć usługi systemowe na skalę, której nie są w stanie zapewnić rozproszone aktywa.
To właśnie dlatego globalny rynek storage coraz szybciej przesuwa się w stronę wielkoskalowych projektów liczonych już nie w dziesiątkach, ale setkach megawatów i kilku gigawatogodzinach pojemności.
Storage przestaje być dodatkiem do instalacji PV, a coraz częściej staje się elementem infrastruktury krytycznej całego systemu energetycznego.
To jest kolejny przykład dokładnie tego samego procesu: decentralizacji na poziomie użytkownika oraz jednoczesnej centralizacji infrastruktury rdzeniowej.

Kto będzie kontrolował przyszły system energetyczny?
Przez lata zakładano, że transformacja energetyczna rozproszy władzę w systemie ale dziś coraz wyraźniej widać, że może wydarzyć się coś odwrotnego.
W świecie opartym o miliony niestabilnych źródeł największą wartością przestaje być sama produkcja energii.
Kluczowe staje się zarządzanie przepływami energii, danymi, elastycznością oraz zdolnością orkiestracji całego systemu w czasie rzeczywistym.
Oznacza to wzrost znaczenia podmiotów, które kontrolują sieci, software, AI dispatch, storage i platformy energetyczne.
W praktyce może to oznaczać, że energetyka następnych dekad będzie mniej przypominała klasyczny rynek energii, a bardziej cyfrowe platformy infrastrukturalne, które - podobnie jak internet - na pierwszy rzut oka wyglądają na zdecentralizowane, ale w rzeczywistości opierają się na kilku gigantycznych centrach kontroli przepływów.
W mojej opinii właśnie o to toczy się dziś największa gra transformacji energetycznej. Nie o to, kto produkuje energię, ale o to, kto będzie zarządzał systemem.


Magdalena Jurczuk

50 GW PV przed 2035 rokiem? Nadchodzi era nadmiaru energii

Przez dekady polska energetyka funkcjonowała w logice niedoboru.
Przez dekady polska energetyka mierzyła się z niedoborem mocy, ograniczoną liczbą nowych elektrowni, niską elastycznością systemu, wysokimi kosztami paliw i dużą zależnością od importu.
Transformacja energetyczna zmienia jednak rynek znacznie głębiej, niż sugeruje większość debaty publicznej.
Problemem przyszłej dekady może przestać być niedobór energii. Coraz częściej problemem będzie jej nadmiar ale tylko w określonych godzinach.
Pierwsze symptomy tego procesu Polska obserwuje już dziś, gdzie w słoneczne weekendy ceny energii na rynku hurtowym zaczynają gwałtownie spadać. Rośnie skala redispatchingu, a operatorzy coraz częściej sygnalizują problemy związane z przeciążeniami i nadmiarem generacji w określonych godzinach.
To fundamentalna zmiana architektury rynku energii. Polska może wejść w ten etap szybciej, niż zakładają regulatorzy, operatorzy i uczestnicy rynku.

50 GW PV nie jest już scenariuszem futurystycznym
Jeszcze kilka lat temu polska fotowoltaika była marginalnym segmentem rynku.
Dziś Polska znajduje się w europejskiej czołówce tempa rozwoju PV. Kraj przekroczył już ponad 20 GW mocy zainstalowanej w fotowoltaice, a kolejne projekty utility-scale znajdują się na różnych etapach rozwoju.
Równolegle spadają koszty technologii, rozwija się cable pooling, rośnie liczba projektów hybrydowych, a operatorzy preferują przyłączenia z magazynami energii.
Przemysł aktywnie szuka również własnych źródeł energii, ponieważ koszt i dostępność energii coraz mocniej wpływają na konkurencyjność biznesu.
W praktyce oznacza to, że osiągnięcie poziomu 40–50 GW mocy PV w latach 2030–2035 nie wymaga już szczególnie agresywnych scenariuszy. I właśnie na tym etapie zaczynają się prawdziwe wyzwania dla rynku energetycznego.

Problemem nie będzie produkcja energii
Fotowoltaika ma jedną cechę, która zmienia ekonomię całego rynku: produkuje ogromne ilości energii dokładnie w tych samych godzinach. Przy wysokiej penetracji PV prowadzi to do gwałtownego spadku cen energii w południe, coraz częstszych cen ujemnych, przeciążenia sieci, ograniczeń generacji oraz rosnącej zmienności rynku.
To zjawisko Europa Zachodnia obserwuje już dziś.
W Niemczech, Holandii czy Hiszpanii okresy bardzo niskich lub ujemnych cen energii przestają być wyjątkiem. W słoneczne weekendy hurtowe ceny energii potrafią spadać poniżej zera przez wiele godzin.
Polska zaczyna wchodzić w dokładnie tę samą fazę transformacji i właśnie tutaj pojawia się najważniejsza zmiana.
Energia przestaje być deficytem,
deficytem staje się elastyczność.

Polska przechodzi z „energy shortage” do „flexibility shortage”
Historycznie rynek energii był budowany wokół deficytu: trzeba było budować nowe moce, zwiększać rezerwy i zabezpieczać dostawy paliw. W modelu opartym na tanich OZE logika rynku zaczyna wyglądać inaczej. Energia w określonych godzinach staje się bardzo tania i powszechnie dostępna.
Nowym deficytem stają się elastyczność, magazynowanie, zdolność przesyłu, aktywny popyt oraz cyfrowe zarządzanie siecią.
To ogromna zmiana - nie tylko energetyczna ale także biznesowa.
Rynek energii przestaje być wyłącznie rynkiem produkcji energii a coraz bardziej staje się rynkiem zarządzania zmiennością.

Ceny ujemne staną się normalnością
Dla wielu uczestników rynku ceny ujemne nadal brzmią jak anomalia. W rzeczywistości są one naturalną konsekwencją bardzo wysokiego udziału OZE o zerowym koszcie marginalnym. Jeżeli produkcja PV jest bardzo wysoka, popyt niski, eksport ograniczony, a magazynów wciąż brakuje to rynek zaczyna „dopłacać” do odbioru energii.
Z ekonomicznego punktu widzenia oznacza to, że sama produkcja energii zaczyna tracić wartość, a rośnie wartość elastyczności.
To bardzo ważna zmiana mentalna.
W przyszłym rynku energię będzie relatywnie łatwo wyprodukować a zdecydowanie znacznie trudniej będzie ją odpowiednio wykorzystać.

Sukces PV zaczyna obniżać wartość samej fotowoltaiki
Im więcej PV pojawia się w systemie, tym bardziej sama fotowoltaika obniża wartość energii produkowanej przez kolejne instalacje. To zjawisko określane jest mianem price cannibalization. Paradoks transformacji polega więc na tym, że sukces technologii zaczyna obniżać rentowność samej technologii i właśnie dlatego kolejna faza transformacji nie będzie już wyścigiem wyłącznie o budowę nowych megawatów.
Będzie przede wszystkim wyścigiem o zdolność integracji.
Przewagę zaczną budować projekty, które potrafią integrować magazyny energii, zarządzać profilem produkcji, współpracować z lokalnym popytem i reagować na sytuację rynkową w czasie rzeczywistym.
To nie jest już wyłącznie problem technologii, to problem integracji.

Curtailment przestanie być wyjątkiem
W polskiej debacie nadal dominuje założenie, że każda megawatogodzina z OZE jest automatycznie cenna i potrzebna. Przy bardzo wysokiej penetracji PV przestaje to być prawdą. W pewnych godzinach rynek już nie jest w stanie odbierać całej produkcji, z powodów sieciowych, ekonomicznych lub związanych z bezpieczeństwem pracy infrastruktury.
Operatorzy coraz częściej będą ograniczać generację części instalacji a to oznacza, że modele biznesowe PV zaczną się zmieniać. Merchant PV stanie się bardziej ryzykowne, projekty bez magazynów stają się mniej konkurencyjne, a wzrośnie znaczenie lokalnej konsumpcji energii.
Fotowoltaika przejdzie z fazy „build as much as possible” do fazy optymalizacji integracji.

Sieci stają się najważniejszą infrastrukturą transformacji
Przez lata centrum debaty stanowiły źródła wytwórcze: węgiel, gaz, atom i OZE. Tymczasem prawdziwym bottleneckiem transformacji coraz częściej stają się sieci. Polska infrastruktura była projektowana dla dużych elektrowni centralnych, jednokierunkowych przepływów energii i relatywnie przewidywalnego popytu
Model oparty na milionach rozproszonych źródeł działa zupełnie inaczej. To oznacza konieczność gigantycznych inwestycji w dystrybucję, cyfryzację i automatyzację.
Sieć energetyczna przestaje być jedynie infrastrukturą przesyłową a coraz bardziej staje się cyfrową platformą zarządzania energią w czasie rzeczywistym.

Magazyny energii przestają być dodatkiem do OZE
W pierwszej fazie transformacji magazyny energii traktowano głównie jako technologię wspierającą. W systemie po 50 GW PV stają się one jednym z fundamentów nowej architektury rynku energii. Jednak prawdziwa zmiana może wydarzyć się gdzie indziej.
Tania energia w określonych godzinach zaczyna tworzyć przestrzeń dla całkowicie nowych modeli biznesowych i nowych gałęzi gospodarki. Największą przewagę mogą zdobyć państwa, które nauczą się wykorzystywać okresowe nadwyżki energii do budowy energochłonnego przemysłu nowej generacji, centrów danych i AI factories, produkcji wodoru czy przemysłu opartego na dynamicznych cenach energii.
To może być jedna z najważniejszych zmian gospodarczych następnej dekady.
Konkurencyjność państw może coraz bardziej zależeć nie od samej ceny energii, ale od zdolności zarządzania jej zmiennością.
Dlatego transformacja energetyczna przestaje być wyłącznie projektem klimatycznym. Moim zdanie powinna być przed wszystkim projektem przemysłowym, infrastrukturalnym i strategicznym.

Nadchodzi nowy typ odbiorcy energii
Transformacja po 50 GW PV zmieni również rolę odbiorcy. Dotychczas odbiorca był pasywny: kupował energię, płacił stałą taryfę i praktycznie nie reagował na sytuację rynkową. Nowy rynek będzie premiował aktywność. To może doprowadzić do powstania nowego typu odbiorcy energii -odbiorcy elastycznego.
Centra danych, AI factories, przemysł energochłonny, elektrolizery czy infrastruktura ładowania EV mogą w przyszłości lokować zużycie energii dokładnie w godzinach największej produkcji OZE.
W praktyce oznacza to, że część gospodarki zacznie być projektowana wokół zmienności rynku energii.

Rynek energii zacznie przypominać walkę o elastyczność
Po 2030 roku rynek energii może coraz mniej przypominać walkę o produkcję energii a coraz bardziej będzie przypominał walkę o elastyczność.
Przewagę zaczną budować ci, którzy potrafią zarządzać profilem zużycia, integrować produkcję z magazynowaniem, reagować na sytuację rynkową w czasie rzeczywistym i wykorzystywać okresowe nadwyżki energii jako przewagę biznesową.
To całkowicie zmienia logikę rynku energetycznego.

Polska może wejść w tę fazę szybciej niż Europa Zachodnia
Paradoksalnie Polska może przejść przez część tych procesów szybciej niż państwa Europy Zachodniej.
Powody są trzy:
- bardzo szybki wzrost PV,
- relatywnie słabo rozwinięta infrastruktura sieciowa
- późniejszy start transformacji, który powoduje bardziej gwałtowną zmianę struktury rynku.
To oznacza, że Polska może w krótkim czasie przejść od wysokich cen i niedoboru do okresowych nadwyżek energii i gwałtownych spadków cen.
Nie dlatego, że transformacja „nie działa” ale dlatego, że działa bardzo szybko.

Jakie obszary mogą stać się kluczowe dla Polski po 50 GW PV?
Jeżeli Polska chce maksymalnie wykorzystać potencjał taniej energii z OZE, sama budowa kolejnych megawatów nie będzie wystarczająca. Kluczowe stanie się zbudowanie gospodarki zdolnej konsumować, magazynować i zarządzać energią w czasie rzeczywistym. To właśnie wokół tego może powstać nowa przewaga konkurencyjna państw i całych gospodarek.
Największy potencjał mogą mieć inteligentne sieci, infrastruktura AI, magazyny energii, usługi elastyczności, przemysł oparty na dynamicznych cenach energii, wodór, energetyka rozproszona oraz technologie integrujące produkcję, magazynowanie i konsumpcję energii.
Przyszłymi liderami rynku nie będą wyłącznie producenci energii. Coraz większą wartość mogą budować firmy, które potrafią zarządzać zmiennością rynku i wykorzystywać okresowe nadwyżki energii jako przewagę biznesową i być może właśnie tam zacznie się prawdziwa walka o konkurencyjność gospodarki po 2030 roku.

Energetyka po 2030 roku będzie wyglądała inaczej niż zakłada większość debat
Największym błędem w analizie transformacji energetycznej jest patrzenie na nią wyłącznie przez pryzmat budowy nowych mocy.
W rzeczywistości, moim zdaniem, kluczowym pytaniem następnej dekady nie będzie już: „ile energii wyprodukujemy?”, lecz: „jak zarządzimy rynkiem, w którym energia okresowo staje się bardzo tania i bardzo obfita?”.
To zmienia ekonomię rynku, modele biznesowe, rolę odbiorcy, znaczenie sieci, priorytety inwestycyjne i definicję bezpieczeństwa energetycznego.
Przez dekady bezpieczeństwo energetyczne oznaczało dostęp do paliw i wystarczającej liczby elektrowni.
Po 2030 roku bezpieczeństwo energetyczne będzie coraz częściej oznaczało zdolność zarządzania nadmiarem taniej energii w czasie rzeczywistym i uważam, że właśnie wokół tego zacznie być budowana nowa architektura rynku energii.
Polska transformacja energetyczna przestaje być historią o budowie nowych mocy a bardziej staje się historią o tym, kto nauczy się zarządzać nadmiarem taniej energii szybciej niż inni.


Magdalena Jurczuk

Boom na magazyny energii w Polsce?
Na razie tylko w pipeline’ach

Pipeline rośnie w dziesiątkach GW. Realna skala - wciąż dopiero się buduje.
Wszyscy mówią dziś o boomie na magazyny energii.
Tylko że ten boom wciąż istnieje głównie na papierze.
Magazyny energii w Polsce są dziś wszędzie. W strategiach inwestorów, w prezentacjach funduszy, w pipeline’ach projektowych, które jeszcze dwa lata temu praktycznie nie istniały. W ciągu ostatnich 18–24 miesięcy ten segment przeszedł od marginalnego do jednego z najbardziej „gorących” tematów w energetyce.
Tylko że ten boom w dużej mierze istnieje na papierze, bo kiedy patrzymy na projekty w realizacji, a nie w pipeline’ach, obraz jest zupełnie inny.
Polski rynek magazynów energii znajduje się dziś w bardzo specyficznym miejscu. To już nie jest faza „czy”, ale jeszcze nie jest faza „ile”. To moment przejścia między deklaratywnym boomem a realną skalą inwestycji.

Pipeline rośnie szybciej niż rynek.
W Polsce pipeline projektów magazynów energii liczony jest już w dziesiątkach gigawatów mocy i ponad 100 GWh planowanej pojemności. Jednocześnie liczba projektów w operacji pozostaje wciąż ograniczona. Wnioski o przyłączenie, projekty w przygotowaniu, kolejne rundy wsparcia publicznego i programów finansowania – wszystko wskazuje na to, że rynek jest na progu eksplozji. Jednocześnie operacyjna baza magazynów energii pozostaje bardzo ograniczona.

Dla porównania, w całej Europie w 2024 roku przybyło około 10–15 GW nowych magazynów energii, z czego znacząca część to nadal projekty w Wielkiej Brytanii, Niemczech i Włoszech. Polska dopiero zaczyna budować swoją obecność w tym zestawieniu a to tworzy bardzo wyraźny kontrast.
Z jednej strony mamy pipeline liczony w dziesiątkach gigawatów a z drugiej – rynek operacyjny, który dopiero się materializuje. To nie jest jeszcze rynek infrastruktury. To jest rynek przygotowania inwestycji.

Moment przejścia bardzo dobrze było widać podczas konferencji E-magazyny 2026. Oficjalna narracja była spójna z tym, co widzimy w całej Europie. Magazyny energii są kluczowe dla transformacji, będą fundamentem elastyczności systemu i nie ma alternatywy dla ich rozwoju przy rosnącym udziale OZE.

W mojej opini, to co było najważniejsze, działo się między wierszami. Większość dyskusji koncentrowała się nie na technologii, tylko na tym, jak ten rynek w ogóle ma działać. Pojawiały się pytania o modele przychodowe, o realną rolę rynku mocy, o dostęp do usług systemowych, o możliwość uzyskania stabilnych przepływów pieniężnych.
To nie są pytania rynku dojrzałego. To są pytania rynku, który dopiero buduje swoje fundamenty. Jeszcze ciekawszy był obraz kuluarowy. Dominował jeden wniosek: projekty są, ale decyzji inwestycyjnych jest mniej, niż sugerowałby pipeline. Duże instalacje się pojawiają, ale są pojedyncze. Nie tworzą jeszcze efektu skali. To nie jest boom. To jest moment tuż przed nim.

Overpipeline / underdeployment
To zjawisko nie jest przypadkowe. W każdym nowym segmencie infrastrukturalnym najpierw pojawia się fala projektów. Pipeline rośnie szybciej niż zdolność rynku do ich realizacji. Dopiero później następuje selekcja i przyspieszenie.
W Polsce ten moment jest bardzo wyraźny. Zapotrzebowanie systemu rośnie dynamicznie. Coraz większy udział fotowoltaiki i wiatru powoduje wzrost zmienności produkcji i konieczność zarządzania nadwyżkami energii. Curtailment przestaje być zjawiskiem marginalnym, a zaczyna mieć realny koszt systemowy. Jednocześnie system nie nadąża z adaptacją. Projekty powstają szybciej niż mechanizmy, które pozwalają je sfinansować i włączyć do rynku. Efekt jest prosty – pipeline wygląda imponująco a realizacja pozostaje selektywna.

To nie technologia jest problemem
Wbrew intuicji, głównym ograniczeniem tego rynku nie jest technologia. BESS jest rozwiązaniem sprawdzonym. Globalnie rynek rośnie w tempie kilkudziesięciu procent rocznie. Koszty technologii spadły w ostatniej dekadzie o ponad 70–80%, a kolejne optymalizacje są już raczej ewolucyjne niż przełomowe.
Nie jest to też problem braku kapitału. Fundusze infrastrukturalne, inwestorzy prywatni i instytucjonalni aktywnie szukają ekspozycji na ten segment. Magazyny energii wpisują się w długoterminowe trendy transformacji energetycznej i są postrzegane jako naturalne uzupełnienie portfeli OZE.

Problem jest systemowy. Rynek zatrzymał się na styku regulacji, sieci i finansowania. Regulacje nie dają jeszcze stabilnych, przewidywalnych sygnałów cenowych. Rynek usług systemowych dopiero się rozwija, a jego przyszły kształt jest jednym z kluczowych czynników ryzyka. Sieci stają się ograniczeniem fizycznym. W wielu lokalizacjach dostęp do przyłączenia jest trudniejszy niż dostęp do technologii. To zmienia sposób myślenia o projektach – wartość magazynu zaczyna zależeć nie tylko od jego parametrów, ale od miejsca w systemie.

Finansowanie wciąż opiera się na założeniach. Modele przychodowe wymagają łączenia wielu źródeł – od rynku mocy, przez usługi systemowe, po arbitraż cenowy. Revenue stacking przestaje być opcją, a staje się koniecznością.

Rynek buduje się od razu w dużej skali
Polski rynek ma jeszcze jedną charakterystyczną cechę. Nie ma wyraźnego segmentu pośredniego. W wielu krajach rozwój magazynów energii zaczynał się od mniejszych instalacji i segmentu C&I, który pozwalał przetestować modele biznesowe i stopniowo budować doświadczenie rynku. W Polsce rozwój idzie bezpośrednio w stronę dużych projektów utility-scale. To oznacza wyższe bariery wejścia, większe wymagania kapitałowe i większą ekspozycję na ryzyko regulacyjne i rynkowe. Jednocześnie powoduje, że rynek rozwija się wolniej, ale bardziej selektywnie.
To nie będzie szybki, rozproszony wzrost. To będzie wzrost skokowy.

Kiedy ten rynek przyspieszy
Magazyny energii w Polsce nie będą rosnąć liniowo.Ten rynek wejdzie w fazę dynamicznego wzrostu dopiero wtedy, gdy kilka elementów zgra się jednocześnie. Kluczowe będą trzy czynniki.
Po pierwsze, rozwój rynku usług systemowych i możliwość uzyskania stabilnych przychodów.
Po drugie, rosnąca zmienność cen energii, która zwiększy atrakcyjność arbitrażu i elastyczności.
Po trzecie, dostęp do sieci i realna możliwość przyłączenia projektów. Dopiero wtedy rynek osiągnie punkt krytyczny.
Najpierw pojawi się większa liczba projektów w realizacji a potem nastąpi gwałtowne przyspieszenie.

To nie jest rynek wczesny
Najważniejszy wniosek jest prosty. Magazyny energii w Polsce nie są rynkiem wczesnym w sensie technologii czy dostępności kapitału. To jest rynek niedojrzały operacyjnie. Technologia jest dostępna. Kapitał jest dostępny. Pipeline istnieje ale system nie jest jeszcze gotowy, żeby ten pipeline zamienić w skalę.

Konkluzja
Polska nie stoi dziś przed pytaniem, czy magazyny energii się rozwiną. To już jest przesądzone.
Pytanie brzmi, kiedy rynek przejdzie z fazy projektów do fazy realizacji. Na dziś odpowiedź – także po rozmowach z rynku – jest jednoznaczna. To nie technologia ani kapitał są ograniczeniem. Ograniczeniem jest system i to jest wniosek, który wybrzmiewa w branży od dawna – na konferencjach, w analizach, w rozmowach z inwestorami ale coraz wyraźniej widać też drugi poziom problemu. To nie tylko kwestia regulacji czy sieci. To również niestabilność przychodów, brak przewidywalnych modeli biznesowych i konieczność składania kilku źródeł dochodu w jedną, wciąż niepewną strukturę. I to właśnie ta niepewność przychodów – obok ograniczeń systemowych – jest dziś realnym hamulcem dla skali.


Magdalena Jurczuk

CESIRE wchodzi do gry. Co to zmieni dla OZE?

W obszarze technologii wytwarzania rynek osiągnął już wysoki poziom dojrzałości. Kolejnym krytycznym zasobem – który już dziś kształtuje konkurencyjność – stają się dane i informacja. Przez ostatnie lata rynek OZE rozwijał się szybciej niż zdolność systemu do jego zrozumienia. Powstawały kolejne megawaty mocy, rosły wolumeny energii, ale decyzje wciąż były podejmowane w oparciu o niepełny obraz sytuacji. Dane były rozproszone, opóźnione i niespójne. System funkcjonował, ale nie był w stanie w pełni „widzieć” samego siebie.

Właśnie w tym miejscu pojawia się CESIRE – Centralny System Informacji Rynku Energii, budowany przez Polskie Sieci Elektroenergetyczne. To pierwszy realny krok w kierunku tego, aby rynek energii w Polsce przestał być zbiorem rozproszonych informacji, a stał się jednym, spójnym systemem danych. To nie jest zmiana technologiczna lecz zmiana architektury rynku.

CESIRE nie pojawił się nagle. To efekt kilku lat zmian regulacyjnych i rosnącej presji na uporządkowanie rynku energii. Początek tej historii nie leży w Polsce, tylko w Unii Europejskiej. Pakiet „Clean Energy for All Europeans” wymusił budowę bardziej przejrzystego rynku, w którym dane mogą swobodnie przepływać pomiędzy uczestnikami. Na poziomie krajowym odpowiedzią na te wymagania stała się koncepcja centralnego systemu informacji rynku energii, a jego naturalnym integratorem został operator systemu przesyłowego.

Pierwsze prace koncepcyjne nad CESIRE rozpoczęły się około 2019–2020 roku, równolegle z przygotowaniami do wdrożenia inteligentnego opomiarowania i zmian w modelu rynku. W Polsce mówimy o systemie, który docelowo będzie obsługiwał dane z ponad 17 milionów punktów poboru energii. To skala, która sama w sobie zmienia sposób myślenia o rynku.

Można powiedzieć, że „ojcem” CESIRE jest regulator i system, czyli Unia Europejska wraz z operatorem, a „matką” jest rzeczywistość rynkowa. To nie technologia wymusiła ten projekt. To skala OZE, zmienność produkcji i rosnąca rola odbiorcy sprawiły, że bez centralnego systemu danych rynek przestawał być zarządzalny.

CESIRE nie jest też projektem odosobnionym. W wielu krajach Europy funkcjonują już centralne huby danych, które pełnią podobną rolę. W Danii DataHub obsługuje miliony punktów pomiarowych i umożliwia pełną integrację danych rynkowych. W krajach nordyckich i regionie Beneluksu rozwijane są systemy agregujące dane pomiarowe i rynkowe w jednym miejscu. Na świecie trend jest jeszcze bardziej zaawansowany. W Stanach Zjednoczonych operatorzy rynków energii zarządzają systemami obejmującymi dziesiątki milionów odbiorców i działającymi w oparciu o dane w czasie zbliżonym do rzeczywistego. Europa , w tym Polska – dopiero domyka ten etap. CESIRE jest właśnie tym brakującym elementem.

Najbliższy temu, czym ma być CESIRE, jest model duński. W Danii centralny system danych – DataHub, zarządzany przez Energinet – działa operacyjnie od 2013 roku i obejmuje praktycznie cały rynek energii. System integruje dane z milionów punktów pomiarowych i stanowi jedno źródło informacji dla wszystkich uczestników rynku.
Kluczowa zmiana nie polegała na samej digitalizacji. Polegała na tym, że wszyscy uczestnicy rynku zaczęli operować na tych samych danych. Sprzedawcy, operatorzy, agregatorzy i odbiorcy przestali „widzieć różne wersje rzeczywistości” a zaczęli działać na jednym systemie. Efekt dla rynku OZE był bardzo konkretny.
Przejrzystość rynku znacząco wzrosła, co przełożyło się na lepsze modele finansowe i niższe ryzyko inwestycyjne. Równolegle przyspieszył rozwój usług elastyczności, bo dostęp do danych umożliwił realne zarządzanie popytem i podażą energii. Zmieniła się również rola odbiorcy, który przestał być pasywny a zaczął aktywnie uczestniczyć w rynku i to jest najważniejsza lekcja.

Nie chodzi o to, że pojawia się nowy system. Chodzi o to, że rynek zaczyna działać jak jeden organizm. CESIRE idzie dokładnie w tym kierunku tylko z jedną różnicą. W Polsce ten moment nakłada się na dużo większą skalę transformacji OZE, większą zmienność produkcji i rosnącą rolę magazynów energii.
To oznacza, że jego wpływ może być bardziej gwałtowny niż w krajach, które przechodziły tę zmianę wcześniej.

Oficjalnie CESIRE to system wymiany informacji pomiędzy uczestnikami rynku. W praktyce staje się układem nerwowym energetyki. Systemem, który zbiera, porządkuje i udostępnia dane o tym, co faktycznie dzieje się w całym systemie – od produkcji, przez dystrybucję, aż po zużycie. Do tej pory każdy uczestnik rynku operował na własnym fragmencie rzeczywistości. Operatorzy, sprzedawcy i odbiorcy mieli dostęp do danych, ale brakowało jednego punktu odniesienia. Efekt był prosty – decyzje podejmowane były na niepełnym obrazie. CESIRE ten obraz scala i tworzy jedno źródło odniesienia dla rynku.

Największym błędem byłoby potraktowanie CESIRE jako projektu IT a to nie jest tylko cyfryzacja. To zmiana logiki działania rynku energii. Dotychczasowy model opierał się na prostym schemacie: produkcja, sprzedaż, rozliczenie.
W takim układzie największą wartość generowało wytworzenie energii. CESIRE przesuwa punkt ciężkości. W nowym modelu kluczowe stają się dane, które pozwalają podejmować decyzje, zarządzać energią w czasie i optymalizować jej przepływ. Wartość przestaje być związana wyłącznie z produkcją a zaczyna być związana ze zdolnością reagowania na system.

Ta zmiana nie wydarzy się w jednym momencie. W latach 2025–2026 trwa budowa infrastruktury i integracja uczestników rynku. W tym samym czasie w Polsce trwa rollout inteligentnych liczników, który docelowo ma objąć ponad 80% odbiorców do końca dekady. To jest fundament, bez którego CESIRE nie ma sensu. W latach 2026–2027 system zaczyna działać operacyjnie, pojawiają się pierwsze procesy i dane w nowej strukturze. Prawdziwy przełom nastąpi dopiero w latach 2027–2029, kiedy połączą się trzy elementy: pełne opomiarowanie, dostęp do danych oraz rozwój elastyczności i magazynów energii.

Dla rynku OZE oznacza to kilka fundamentalnych zmian.
Po pierwsze, kończy się inwestowanie „w ciemno”. Modele finansowe zaczynają opierać się na rzeczywistych danych systemowych, co zwiększa przewidywalność, ale jednocześnie podnosi poziom konkurencji.
Po drugie, elastyczność przestaje być hasłem i staje się realnym produktem, który można mierzyć i rozliczać.
Po trzecie, modele biznesowe przechodzą z formy statycznej do dynamicznej, w której kluczowe znaczenie ma profil produkcji, profil zużycia i zdolność reakcji na system. Równolegle pojawiają się nowi gracze, bo dostęp do danych przestaje być barierą wejścia.

Dla inwestorów oznacza to zmianę sposobu myślenia. Do tej pory kluczowe było to, gdzie zbudować projekt i ile będzie kosztował. Teraz coraz ważniejsze staje się to, jak projekt funkcjonuje w systemie i jak potrafi na niego reagować.
To przesunięcie z myślenia projektowego do operacyjnego. Wygrywać będą projekty zintegrowane z systemem, wyposażone w magazyny energii i zdolne do zarządzania profilem produkcji. Projekty oparte wyłącznie na produkcji będą tracić konkurencyjność.

Zmienia się również rola odbiorcy. Do tej pory był on pasywny i ograniczony do zużywania energii oraz ponoszenia jej kosztu. Dzięki CESIRE zaczyna mieć dostęp do danych i możliwość zarządzania własnym zużyciem. Energia przestaje być tylko kosztem, a zaczyna być narzędziem zarządzania biznesem. W praktyce oznacza to, że coraz więcej decyzji energetycznych będzie podejmowanych nie na poziomie taryfy, ale na poziomie strategii operacyjnej firmy.

CESIRE nie zmienia tego, ile energii produkujemy. Zmienia to, kto ma dostęp do danych i kto potrafi je wykorzystać.
To właśnie w tym miejscu powstanie nowa przewaga konkurencyjna.

Energetyka przez lata była rynkiem mocy. Wchodzi w erę rynku danych i w tym świecie nie wygrywa ten, kto produkuje najwięcej energii lecz wygrywa ten, kto potrafi nią w odpowiedni sposób zarządzać.


Magdalena Jurczuk

Transformacja energetyczna w Europie nie ma samych wygranych. Kto przegra?

Europa nie ma dziś problemu z budową OZE.
Ma problem z tym, co zrobić z energią, kiedy już powstaje. Europa weszła w moment, w którym skala przestaje być przewagą, a zaczyna być źródłem napięcia. W 2025 roku Unia Europejska zbliża się do poziomu 400 GW fotowoltaiki i ponad 230 GW wiatru, a roczne przyrosty PV utrzymują się na poziomie 65–70 GW. To oznacza, że rynek osiągnął skalę, w której problemem przestaje być budowa nowych mocy, a zaczyna być zdolność systemu do ich absorpcji, zarządzania i wyceny.
I to właśnie ta różnica, między produkcją a integracją, zaczyna dziś dzielić Europę na wygranych i przegranych.
To nie jest zmiana ilościowa. To zmiana strukturalna.
Europa przestaje być rynkiem wzrostu, a zaczyna być rynkiem selekcji i ta selekcja coraz wyraźniej odbywa się nie na poziomie projektów, tylko na poziomie państw i ich zdolności systemowych.

Systemy, które wygrywają
Niemcy, Holandia, Dania nie są rynkami „łatwymi”. Są rynkami, które najwcześniej weszły w fazę napięcia i najwcześniej zostały zmuszone do reakcji.

W Niemczech punkt zwrotny pojawił się już około 2015–2017 roku, kiedy udział OZE zaczął systematycznie przekraczać 30–35% miksu, a operatorzy zaczęli mierzyć się z rosnącą skalą redispatchu i przeciążeń sieci. To właśnie wtedy rozpoczęto przyspieszoną modernizację sieci przesyłowych oraz wdrażanie mechanizmów zarządzania rynkiem w czasie rzeczywistym.
Dziś Niemcy inwestują w rozwój sieci elektroenergetycznych na poziomie przekraczającym około 20 mld euro rocznie, a łączny plan inwestycyjny operatorów systemu przesyłowego do 2037 roku może przekroczyć 300 mld euro. Jednocześnie rozwijany jest rynek usług systemowych, magazynów energii oraz mechanizmów bilansujących, które pozwalają zarządzać nadwyżkami produkcji.

Holandia i Dania przeszły podobną ścieżkę, choć w mniejszej skali, stawiając bardzo wcześnie na integrację transgraniczną i rozwój rynków krótkoterminowych, co pozwoliło im „rozłożyć” nadmiar energii w systemie, zamiast koncentrować go lokalnie. To, co łączy te kraje, to nie brak problemów, tylko fakt, że państwo, regulator i operator systemu zaczęli traktować sieci i elastyczność jako element polityki gospodarczej, a nie wyłącznie infrastruktury technicznej. Dlatego mogą mieć setki godzin ujemnych cen rocznie i jednocześnie pozostawać rynkami atrakcyjnymi dla inwestorów, bo nawet przy wysokiej zmienności rynku, jego zasady są czytelne, a kierunek regulacyjny przewidywalny.
To jest dokładnie warunek, przy którym kapitał nadal chce tam pracować.

Systemy, które się blokują
Hiszpania, Włochy i częściowo Francja weszły w fazę wysokiego udziału OZE później, głównie po 2019 roku, kiedy nastąpiło przyspieszenie inwestycji w fotowoltaikę wynikające z gwałtownego spadku kosztów technologii. Problem polega na tym, że tempo rozwoju generacji nie zostało skoordynowane z rozwojem systemu.

W Hiszpanii w ciągu kilku lat moc PV wzrosła do ponad 30 GW, a udział OZE w miksie w niektórych okresach przekracza 50%, jednak inwestycje w elastyczność i mechanizmy zarządzania profilem nie nadążały za tym wzrostem. Efekt jest strukturalny. Energia pojawia się wtedy, kiedy wszyscy ją produkują i właśnie wtedy przestaje mieć wartość.
To prowadzi do rosnącej liczby godzin z cenami bliskimi zera, spadającej rentowności projektów i coraz silniejszego efektu cannibalizacji.

Włochy i Francja mierzą się z podobnym problemem, dodatkowo obciążonym strukturą sieci i miksu energetycznego.
W przeciwieństwie do Niemiec czy Holandii, reakcja państwa i regulatora była tu bardziej opóźniona i mniej skoordynowana. To oznacza, że problem nadpodaży energii nie jest zarządzany, tylko materializuje się w cenach.
A to bezpośrednio przekłada się na percepcję ryzyka przez inwestorów, ponieważ im mniej przewidywalna jest przyszła wartość energii, tym trudniej uzasadnić nowe inwestycje, nawet jeśli potencjał rynku pozostaje wysoki.

Systemy, które mogą przegrać
Polska, Rumunia i Bułgaria znajdują się jeszcze na wcześniejszym etapie. Nie mają jeszcze problemu nadpodaży na dużą skalę. Mają problem dostępu do systemu i to jest najbardziej krytyczna faza transformacji.
W tych krajach rozwój OZE przyspieszył głównie po 2020 roku, jednak inwestycje w sieci nie nadążyły za tempem rynku. W Polsce oznacza to, że projekty czekają na przyłączenie 3–6 lat, a pipeline przekracza fizyczne możliwości infrastruktury. Jednocześnie inwestycje w sieci, choć rosną, nadal nie osiągają poziomu, który pozwoliłby nadrobić lukę, zarówno pod względem skali, jak i tempa realizacji.
To prowadzi do sytuacji, w której rynek przestaje być ograniczony przez ekonomię czy technologię, a zaczyna być ograniczony przez fizyczną dostępność systemu. To jest moment, w którym transformacja może się zatrzymać, bo w przeciwieństwie do Hiszpanii czy Niemiec, gdzie problemem jest wartość energii, tutaj problemem jest jej dostępność.
Projekt może nie powstać nie dlatego, że jest nieopłacalny, tylko dlatego, że nie ma gdzie zostać przyłączony.
W takiej sytuacji rynek przestaje być trudny - staje się nieprzewidywalny, a to jest dokładnie moment, w którym kapitał przestaje podejmować ryzyko i zaczyna się wycofywać.

1 TW projektów – presja, nie potencjał
W tym kontekście ponad 1 TW projektów OZE w kolejce do przyłączenia przestaje być oznaką rozwoju. Staje się wskaźnikiem przeciążenia. Przy tempie przyłączeń rzędu 60–70 GW rocznie oznacza to dekadę backlogu, ale w praktyce oznacza coś innego: selekcję. Projekty nie będą realizowane liniowo.Będą realizowane tam, gdzie system jest gotowy - tam, gdzie istnieje infrastruktura, elastyczność i możliwość zarządzania profilem.
Reszta pozostanie w pipeline’ach.

Co naprawdę zmieniło się w 2025
Rok 2025 jest pierwszym momentem, w którym Europa zaczyna mieć nie tylko nadpodaż energii, ale również problem z jej niewykorzystaniem. Rośnie liczba godzin z ujemnymi cenami, rośnie skala odstawień energii, a jednocześnie dynamicznie rośnie znaczenie magazynów energii i elastyczności systemu. To oznacza fundamentalną zmianę ekonomiki rynku. Wartość energii przestaje wynikać z jej ilości. Zaczyna wynikać z jej dostępności w czasie i przestrzeni.

Polska – moment decyzji
Polska nie jest jeszcze rynkiem nadpodaży. Jest rynkiem ograniczonego dostępu. To oznacza, że znajduje się w momencie, w którym może jeszcze zdecydować, w którą stronę pójdzie. Może powtórzyć ścieżkę Hiszpanii - szybki wzrost produkcji i spadek wartości lub cieżkę Niemiec - wcześniejsze inwestycje w system i zdolność zarządzania napięciem albo wejść w trzeci scenariusz - rynek, który zatrzymuje się na poziomie infrastruktury.
To właśnie ten trzeci scenariusz jest dziś największym ryzykiem, bo jeśli dostęp do systemu pozostanie ograniczony, a decyzje będą długie i nieprzewidywalne, rynek przestanie być atrakcyjny inwestycyjnie - niezależnie od potencjału technologicznego.

Europa nie ma dziś problemu z budową OZE. Ma natomiast duży problem z ich integracją a to zmienia logikę rynku.
Nie wygrywa ten, kto buduje najwięcej, wygrywa ten, kto najszybciej buduje system.

Europa nie wchodzi w epokę niedoboru energii. Wchodzi w epokę jej nadpodaży ale tylko tam, gdzie system na to pozwala i to właśnie zdolność systemu oraz przewidywalność zasad jego działania zdecyduje, gdzie kapitał będzie chciał inwestować, a gdzie zacznie się wycofywać.


Magdalena Jurczuk

Źródła:

Powstaje nowy typ odbiorcy energii -
jak to wpłynie na system?

Na rynku energii przez lata skupialiśmy się na produkcji. Budowaliśmy nowe moce, rozwijaliśmy OZE, analizowaliśmy koszty technologii i ich spadki.
To był pierwszy etap transformacji - moment, w którym najważniejsze było to, ile energii jesteśmy w stanie wytworzyć.
Dziś jesteśmy w kolejnym etapie. Coraz więcej uwagi poświęcamy elastyczności systemu. Mówimy o magazynach energii, zarządzaniu szczytami, usługach systemowych. Uczymy się reagować na zmienność.
To naturalny kierunek ale to wciąż jest myślenie po stronie podaży.
Tymczasem w mojej opinii największa zmiana dzieje się gdzie indziej. Po stronie popytu.
Pojawia się nowy typ odbiorcy energii - data centers, AI, przemysł cyfrowy i elektromobilność - który zaczyna definiować wymagania wobec systemu szybciej, niż system jest w stanie się do nich dostosować.
I to jest moment, który zmienia zasady gry.

Nowy typ odbiorcy energii – kim on naprawdę jest
Nie mówimy o jednym segmencie rynku. Mówimy o nowej kategorii popytu, która rozwija się równolegle w kilku obszarach i zaczyna się ze sobą łączyć.
Centra danych przestają być tylko zapleczem IT. Stają się infrastrukturą gospodarki cyfrowej. Już dziś odpowiadają za około 2–3% globalnego zużycia energii elektrycznej, a wraz z rozwojem AI ich znaczenie rośnie szybciej, niż zakładano jeszcze kilka lat temu. Pojedyncze projekty wymagają setek megawatów mocy - skali, która jeszcze niedawno była domeną dużego przemysłu.
Do tego dochodzi AI i high-performance computing, które zmieniają sposób wykorzystania energii. Obciążenie przestaje być przewidywalne i liniowe.
Zaczyna zależeć od procesów obliczeniowych, a nie od rytmu dnia czy produkcji.
Równolegle rozwija się robotyzacja i przemysł cyfrowy, w którym energia przestaje być „tłem” dla produkcji, a zaczyna być jednym z kluczowych parametrów operacyjnych - aktywnie zarządzanym i optymalizowanym w czasie rzeczywistym.
I wreszcie elektromobilność. Nie ta indywidualna, rozproszona ale zbiorowa - floty autobusów, transport publiczny, logistyka.
To właśnie ona zaczyna mieć realny wpływ na system.
To nie są już „odbiorcy” - to są uczestnicy systemu, którzy zaczynają go współkształtować.
To nie jest zmiana technologiczna.
To zmiana struktury popytu na energię.

Jak ten odbiorca „pracuje”
Największa zmiana nie polega tylko na skali zapotrzebowania.
Polega na jego charakterze.
Nowy typ odbiorcy działa inaczej niż wszystko, co znaliśmy wcześniej.
Centra danych pracują w trybie ciągłym. Wymagają stabilnej, wysokiej mocy przez całą dobę. Jednocześnie, w zależności od obciążenia obliczeniowego, potrafią generować dynamiczne zmiany zapotrzebowania.
AI dodatkowo wzmacnia tę zmienność. W ramach jednego obiektu zapotrzebowanie może zmieniać się w czasie rzeczywistym - w zależności od procesów, które są aktualnie wykonywane.
Z kolei elektromobilność zbiorowa wprowadza zupełnie inny typ wyzwania. Zużycie energii jest tu zsynchronizowane - floty autobusów czy pojazdów ładują się w tych samych godzinach, często w tych samych miejscach, generując duże, jednoczesne zapotrzebowanie na moc.
System musi więc radzić sobie jednocześnie z ciągłością, zmiennością i koncentracją obciążenia.
To zupełnie inny profil niż ten, pod który był projektowany.

System nie był na to projektowany
Obecna infrastruktura powstawała w świecie, który był bardziej przewidywalny.
Zużycie energii wynikało z rytmu dnia, pracy przemysłu i zachowań gospodarstw domowych. Wzrost był stopniowy, a zmiany relatywnie łatwe do modelowania.
Nowy typ odbiorcy nie wpisuje się w te założenia.
Dlatego sama rozbudowa sieci nie rozwiąże problemu.
Oczywiście potrzebujemy nowych inwestycji - nowych linii, transformatorów, przyłączeń.
To nie wystarczy, ponieważ wyzwanie nie dotyczy tylko skali - dotyczy dynamiki.
System musi nauczyć się działać inaczej - reagować w czasie rzeczywistym, zarządzać przepływami energii, wykorzystywać dane jako element infrastruktury.
Sieć przestaje być pasywna a zaczyna być aktywnym systemem operacyjnym.
Skupiamy się na elastyczności ale to dopiero początek
Dzisiejsza odpowiedź branży jest logiczna. Magazyny energii, elastyczność, usługi systemowe - to wszystko jest potrzebne i będzie odgrywać coraz większą rolę.
Magazyny stabilizują system, redukują piki, wspierają integrację OZE. Pozwalają reagować na zmienność produkcji i zapotrzebowania ale to jest odpowiedź na obecny etap transformacji.
Mówimy o systemie, który nadal myśli głównie w kategoriach podaży. Tymczasem kolejny etap już się zaczyna.
Nowi odbiorcy nie tylko zwiększają zapotrzebowanie.
Oni zmieniają jego strukturę.
To nie jest prosty wzrost - to zmiana zasad gry.

Popyt zaczyna projektować system
Do tej pory to system wyznaczał ramy dla rynku.
Dziś zaczyna być odwrotnie.
Nowy typ odbiorcy podejmuje decyzje szybciej niż rozwija się infrastruktura. Wybiera lokalizacje tam, gdzie dostęp do mocy jest możliwy. Oczekuje dostępności „tu i teraz” i nie akceptuje kompromisów jakościowych.
To oznacza, że popyt zaczyna projektować system a nie odwrotnie.
To fundamentalna zmiana, która wymaga innego podejścia do planowania, inwestycji i zarządzania.

System zaczyna się fragmentować
Równolegle obserwujemy jeszcze jeden proces.
System przestaje być jednym, spójnym organizmem.
Coraz większe znaczenie mają lokalne układy energetyczne - miasta, transport publiczny, przemysł, centra danych. Część energii jest produkowana i konsumowana lokalnie, część zarządzana w sposób rozproszony.
Elektromobilność zbiorowa, robotyzacja i lokalne źródła energii tworzą układy, które działają częściowo niezależnie od systemu centralnego.
Zamiast jednego systemu mamy coraz bardziej złożoną sieć powiązanych systemów.

Największe ryzyko nie jest technologiczne
Technologia rozwija się szybciej niż kiedykolwiek ale to nie ona jest dziś największym ograniczeniem.
Największym ograniczeniem są zasoby. Brakuje ludzi - do projektowania, do budowy, do utrzymania infrastruktury. Znacząca część kadry odchodzi na emeryturę, a tempo transformacji przekracza zdolność rynku pracy do nadążenia.
To ryzyko rzadko pojawia się w analizach a może zadecydować o tempie całej transformacji.

Co to oznacza dla systemu
Jeśli ten trend się utrzyma - a wszystko wskazuje, że tak będzie -potrzebne są decyzje.
System musi być planowany pod popyt, nie tylko pod podaż.
Energetyka musi być zintegrowana z gospodarką cyfrową i transportem.
Procesy przyłączeniowe muszą być dostosowane do nowego typu odbiorców.
Magazyny energii powinny być traktowane nie jako dodatek, ale jako element operacyjny systemu, ponieważ dziś system reaguje a powinien wyprzedzać.

System energetyczny przez dekady był projektowany wokół produkcji.
Dziś zaczyna być projektowany wokół popytu a to moim zdaniem zmienia wszystko.



Magdalena Jurczuk

Cable pooling: rozwiązanie problemu przyłączeń czy nowe ryzyko dla OZE?

W Europie w kolejkach przyłączeniowych utknęło już ponad 1 TW projektów OZE. W części analiz ta liczba sięga nawet 1,7 TW. To liczby, które trudno zignorować. Ale ważniejsze jest to, co one oznaczają.

Jeszcze kilka lat temu rozwój rynku odnawialnych źródeł energii ograniczały głównie koszty technologii i dostęp do kapitału. Dziś te bariery w dużej mierze zniknęły. Projekty powstają szybciej, finansowanie jest dostępne, a efektywność technologii rośnie.
Jesteśmy na etapie, w którym głównym ograniczeniem przestała być sama możliwość budowy projektu. Stała się nim infrastruktura.

Według Komisja Europejska europejskie sieci będą wymagały inwestycji rzędu 584 mld euro do 2030 roku. Jednocześnie w wielu krajach czas oczekiwania na przyłączenie nowych projektów wynosi dziś od 5 do nawet 10 lat. To oznacza, że tempo rozwoju OZE wyprzedziło zdolność systemu do ich absorpcji.

Polska jest dobrym przykładem tej zmiany. Z jednej strony mamy dynamiczny wzrost mocy zainstalowanej - około 24,8 GW PV na koniec 2025 roku. Z drugiej strony operator systemu przesyłowego, Polskie Sieci Elektroenergetyczne, planuje budowę około 4700 km nowych linii 400 kV w latach 2025–2034. To ogromny program inwestycyjny, który pokazuje skalę potrzeb.

Mimo tego liczba odmów przyłączeń pozostaje wysoka, a system coraz częściej musi ograniczać produkcję energii z OZE - w 2025 roku było to około 1,4 TWh. W praktyce oznacza to, że sieć przestała być neutralnym elementem systemu. Stała się jego głównym ograniczeniem.

W takim kontekście cable pooling nie jest ciekawostką techniczną. Jest odpowiedzią rynku na bardzo konkretne wyzwanie.
Założenie tego modelu jest proste: jedno przyłącze jest współdzielone przez więcej niż jedno źródło energii, najczęściej farmę wiatrową i instalację PV. W mojej opinii istotą tej koncepcji nie jest sama technologia, ale zmiana podejścia do infrastruktury.
Przyłącze przestaje być elementem projektu a zaczyna być zasobem, który trzeba maksymalnie wykorzystać.

Ten model działa, ponieważ profile produkcji energii z wiatru i słońca częściowo się uzupełniają. Wiatr generuje więcej energii zimą i często w godzinach nocnych, podczas gdy PV produkuje głównie w dzień i osiąga szczyty latem. Dzięki temu możliwe jest zwiększenie wykorzystania infrastruktury przyłączeniowej -z poziomu około
20-35% do nawet 40-60%.
Z perspektywy inwestora ma to bardzo konkretne znaczenie.
Koszt przyłącza i infrastruktury gridowej w dużych projektach może stanowić 10–20% CAPEX-u, a sam proces uzyskania przyłączenia trwa latami. Cable pooling pozwala tę infrastrukturę wykorzystać efektywniej i w wielu przypadkach przyspieszyć realizację projektu.

To tłumaczy, dlaczego to rozwiązanie zyskuje na znaczeniu.
W mojej opinii jego rozwój nie wynika z tego, że jest idealny.
Wynika z tego, że jest dostępny. Jednocześnie warto jasno powiedzieć: cable pooling rozwiązuje problem fizycznego dostępu do sieci, ale nie rozwiązuje problemu ekonomiki rynku energii.

System energetyczny coraz mniej wynagradza samą produkcję energii. Coraz większe znaczenie ma moment, w którym ta energia trafia do systemu. W Europie rośnie liczba godzin z ujemnymi cenami energii, a w Polsce są to już dziesiątki godzin rocznie.
W praktyce oznacza to, że większe wykorzystanie przyłącza nie zawsze przekłada się na wyższe przychody.
Dodatkowo pojawiają się wyzwania operacyjne. W sytuacjach, gdy produkcja z wiatru i PV nakłada się na siebie, może dochodzić do przekroczenia mocy przyłączeniowej. W takich przypadkach konieczne jest ograniczanie produkcji lub wdrożenie bardziej zaawansowanych systemów zarządzania energią.
Im bardziej zwiększamy efektywność infrastruktury, tym bardziej rośnie złożoność systemu.

Istotnym elementem jest również curtailment. W Polsce w 2025 roku ograniczono około 1,4 TWh energii z OZE. To nie jest już marginalne zjawisko, lecz realny koszt systemowy. W modelu cable pooling ryzyko to może rosnąć, ponieważ więcej energii trafia do tego samego punktu sieci. Do tego dochodzi aspekt regulacyjny. Cable pooling nie jest jeszcze jednolicie uregulowany w Europie, a poszczególne rynki stosują różne podejścia do współdzielenia przyłącza i rozliczania ograniczeń. Uważam, że ryzyko regulacyjne pozostaje istotnym elementem tej układanki.

Najważniejszy wniosek jest jednak szerszy. Cable pooling zwiększa wykorzystanie infrastruktury. Nie zwiększa wartości energii. To oznacza, że transformacja energetyczna wchodzi w kolejny etap.

Kluczowe pytanie przestaje brzmieć: czy możemy się podłączyć.
Zaczyna brzmieć: czy energia ma wartość w momencie, w którym ją produkujemy. W mojej opinii cable pooling jest naturalnym kierunkiem rozwoju rynku przy obecnej skali projektów oczekujących na przyłączenie. Nie jest jednak rozwiązaniem docelowym.Jest etapem przejściowym. Bez magazynów energii, większej elastyczności systemu i nowych modeli rynkowych zwiększamy efektywność infrastruktury, ale nie rozwiązujemy fundamentalnego problemu ekonomiki OZE.

To prowadzi do kolejnego, naturalnego pytania:czy następnym krokiem rynku będzie połączenie cable poolingu z magazynami energii? Bo być może dopiero wtedy przyłącze przestanie być ograniczeniem, a zacznie być narzędziem zarządzania wartością energii.
Rynek znalazł sposób, żeby podłączyć więcej projektów.
Nie jest jeszcze pewne, czy znalazł sposób, żeby na tej energii realnie zarabiać.


Magdalena Jurczuk

Źródła:

722 MW w Polsce. To moment, w którym zmienia się logika rynku energii.

W energetyce są momenty, które nie zwiększają skali rynku - one zmieniają jego zasady.
722 MW w Polsce jest właśnie takim momentem. To nie jest kolejna farma fotowoltaiczna.
To moment, w którym polski system energetyczny zaczyna być testowany na poziomie zarezerwowanym dotąd dla największych rynków świata.
Bezpośrednie przyłączenie do sieci 400 kV. To nie jest eksperyment. To świadoma decyzja systemowa i jednocześnie sygnał, że technologia przestała być ograniczeniem.
Dziś pytanie nie brzmi już, czy jesteśmy w stanie takie projekty zbudować.
Pytanie brzmi, czy jesteśmy w stanie takie projekty obsłużyć.

Skala, która zmienia kontekst
Projekty tej wielkości nie są już globalnie wyjątkiem. W Chinach, Stanach Zjednoczonych czy na Bliskim Wschodzie skala liczona w setkach megawatów stała się standardem. Europa do tej pory poruszała się ostrożniej.
Dlatego ten projekt ma znaczenie wykraczające poza Polskę. To nie jest tylko duża inwestycja. To moment, w którym europejski rynek zaczyna przechodzić z fazy rozwoju do fazy skali a Polska jest częścią tej zmiany i co ważniejsze, zaczyna ją współtworzyć.

Od projektu do infrastruktury
722 MW zmienia sposób myślenia o fotowoltaice. To nie jest już instalacja, którą można analizować w oderwaniu od systemu. Bezpośrednie przyłączenie do sieci 400 kV oznacza, że mówimy o elemencie infrastruktury energetycznej, który wpływa na cały system. To zupełnie inna odpowiedzialność i zupełnie inny poziom ryzyka.

System, który musi nadążyć
Polski system energetyczny był budowany dla świata, który był stabilny i przewidywalny. Produkcja była kontrolowana, a źródła scentralizowane. Dziś ten model przestaje działać .Produkcja zależy od pogody. Zmienność jest naturalnym elementem systemu. Duże wolumeny energii pojawiają się w krótkim czasie i w jednym miejscu. I w tym miejscu zaczyna się prawdziwe napięcie. Bo technologia jest gotowa a system jeszcze nie w pełni.

Ryzyko, które zmienia się razem z rynkiem
W projektach tej skali ryzyko przestaje być techniczne. Nie dotyczy już jakości modułów czy konstrukcji. Te elementy są dziś przewidywalne. Ryzyko przesuwa się poza projekt. Do sieci, która nie zawsze jest w stanie odebrać energię w pełnym wolumenie. Do systemu, który potrzebuje większej elastyczności, żeby utrzymać stabilność. Do rynku, który reaguje spadkiem cen w momentach największej produkcji. I wreszcie do regulacji, które nie nadążają za tempem zmian.
To jest moment, w którym projekt przestaje być wyzwaniem inżynieryjnym a zaczyna być wyzwaniem systemowym.

Insight: energia przestaje być produktem
Najważniejsza zmiana nie dotyczy jednak infrastruktury. Dotyczy ekonomii. Przez lata model był prosty. Produkcja energii oznaczała przychód. Im więcej produkowałeś, tym więcej zarabiałeś. Dziś ta zależność przestaje być oczywista. Wraz ze wzrostem skali pojawia się nadpodaż energii w tych samych godzinach. Ceny spadają dokładnie wtedy, kiedy produkcja jest najwyższa. Wartość energii zaczyna zależeć nie od tego, ile jej produkujemy, ale kiedy ją produkujemy.

To zmienia sposób myślenia o inwestycjach. Rentowność przestaje być funkcją samej produkcji i kosztów budowy.
W praktyce oznacza to, że w projektach tej skali różnica kilku procent w poziomie curtailmentu lub ceny w godzinach szczytu może przesuwać IRR o kilka punktów procentowych. Czyli decydować o tym, czy projekt jest inwestycyjnie bankowalny czy nie.
Energia przestaje być commodity a staje się aktywem zarządzanym w czasie.

Polska przestaje być obserwatorem
W tym projekcie jest jeszcze jeden, często pomijany element. To jest moment, w którym Polska przestaje być ostrożnym obserwatorem transformacji energetycznej. Zaczyna podejmować decyzje na poziomie, który wpływa na system jako całość. To oznacza zmianę roli. Z rynku, który reaguje, do rynku, który współtworzy kierunek.
Takie projekty nie będą wyjątkiem .Będą punktem odniesienia ale ich powodzenie nie zależy już tylko od technologii. Zależy od tego, czy system stanie się bardziej elastyczny.
Czy magazyny energii staną się standardem oraz czy zarządzanie energią zacznie odbywać się w czasie rzeczywistym. Bez tego skala stanie się ograniczeniem. Z tym stanie się przewagą.

Wniosek
722 MW to nie jest rekord. To moment przejścia. Moment, w którym zmienia się logika rynku energii. Od tej chwili nie budujemy już instalacji. Budujemy system.


Magdalena Jurczuk

Chiny: najwięcej OZE, największe emisje CO₂. Dlaczego?

Chiny w ostatnich latach przyspieszyły rozwój odnawialnych źródeł energii w skali niespotykanej w historii energetyki.
W 2025 roku kraj uruchomił około 380 GW nowych mocy fotowoltaicznych oraz blisko 140 GW energetyki wiatrowej - łącznie ponad 500 GW nowych instalacji w jednym roku.
Dla porównania w 2024 roku Chiny odpowiadały już za ponad 60% globalnego wzrostu mocy odnawialnych, instalując około 276 GW fotowoltaiki i 79 GW wiatru.
To tempo sprawia, że chińskie inwestycje w OZE znacząco dystansują Europę i Stany Zjednoczone.

Jednocześnie Pekin nie rezygnuje z węgla.
I tu zaczyna się paradoks chińskiej transformacji energetycznej.
Chińska strategia transformacji energetycznej nie polega na szybkim zastąpieniu paliw kopalnych odnawialnymi źródłami energii. Jej fundamentem jest coś inneg - obudowa nowego systemu energetycznego w ogromnej skali przy jednoczesnym utrzymaniu stabilności systemu.
To podejście wyraźnie różni się od modelu europejskiego.

Transformacja w chińskim stylu
W Europie transformacja energetyczna jest przede wszystkim projektem regulacyjnym.
Najpierw pojawiają się cele klimatyczne i limity emisji, a dopiero później rozwijana jest infrastruktura energetyczna.
Chiny przyjęły odwrotną logikę.
Najpierw budują nowe moce energetyczne, nowe sieci przesyłowe oraz przemysł produkujący technologie energetyczne. Dopiero później stopniowo ograniczają rolę paliw kopalnych.
Strategię tę koordynuje m.in. National Energy Administration w ramach centralnego planowania energetycznego.
W efekcie Chiny są dziś jednocześnie największym inwestorem w odnawialne źródła energii i największym emitentem CO₂ na świecie.
Nie jest to sprzeczność. To etap przejściowy między dwoma systemami energetycznymi.

Skala transformacji
Największą różnicą między Chinami a Europą jest skala inwestycji.
Według danych Międzynarodowej Agencji Energetycznej Chiny odpowiadają dziś za ponad połowę nowych instalacji odnawialnych źródeł energii na świecie.
W samym sektorze fotowoltaiki kraj przekroczył już około 600 GW mocy zainstalowanej.
Dla porównania w całej Unii Europejskiej moc zainstalowana PV wynosi około 260 GW.
Różnica jest jeszcze większa w produkcji technologii.
Około 80 - 90 procent globalnej produkcji paneli fotowoltaicznych powstaje w Chinach, a około 70 procent baterii litowo-jonowych produkowanych jest w chińskich fabrykach.
Transformacja energetyczna w wielu krajach świata opiera się więc w dużej mierze na chińskim przemyśle.

Węgiel jako stabilizator systemu
Pomimo ogromnych inwestycji w OZE węgiel nadal odgrywa kluczową rolę w chińskim systemie energetycznym.
Chiny posiadają dziś ponad 1100 GW mocy w elektrowniach węglowych, czyli więcej niż reszta świata razem.
W ostatnich latach kraj ten zatwierdzał także nowe projekty bloków węglowych. W 2023 roku rozpoczęto budowę około
94 GW nowych mocy węglowych.
Dla Pekinu węgiel pełni funkcję stabilizatora systemu.
W sytuacji gwałtownie rosnącego zapotrzebowania na energię elektryczną - wynikającego z elektryfikacji transportu, rozwoju przemysłu i urbanizacji - utrzymanie stabilnych mocy konwencjonalnych jest elementem strategii bezpieczeństwa energetycznego.

Chiny i Europa – różnica w liczbach
Najlepiej różnicę podejścia widać w danych.

Europa ma wyższy udział OZE w miksie energetycznym.
Jednak całkowite zapotrzebowanie energetyczne Chin jest ponad trzykrotnie większe.
Dlatego nawet szybki rozwój OZE nie eliminuje tam węgla tak szybko jak w Europie.

Różnica strategii
Chińska transformacja energetyczna jest przede wszystkim projektem infrastrukturalnym i przemysłowym.
Europa traktuje transformację głównie jako projekt regulacyjny i klimatyczny.
To fundamentalna różnica.
Chiny inwestują jednocześnie w energię, sieci przesyłowe oraz przemysł produkujący technologie energetyczne.
Równolegle Pekin buduje jedną z największych sieci przesyłowych na świecie, w tym linie UHV (Ultra High Voltage), które pozwalają przesyłać energię z pustynnych regionów zachodnich do centrów przemysłowych na wschodzie kraju.

Europa koncentruje się przede wszystkim na redukcji emisji.
W efekcie transformacja energetyczna coraz częściej staje się projektem geopolitycznym, w którym kluczowe znaczenie ma kontrola nad technologiami i łańcuchami dostaw.

Transformacja energetyczna w Chinach nie polega na szybkim odejściu od węgla.
Polega na budowie nowego systemu energetycznego w ogromnej skali.
W tym modelu stare i nowe technologie przez pewien czas funkcjonują równolegle.
Strategię Pekinu można streścić bardzo prosto.
Najpierw zbudować nowy system energetyczny, a dopiero potem wygaszać stary.
Dlatego chińska transformacja może okazać się jedną z najważniejszych historii energetycznych XXI wieku.
Bo w globalnej energetyce nie wygrywa ten, kto najszybciej zamyka stare elektrownie.
Wygrywa ten, kto najszybciej buduje nowy system.
A jeśli transformacja energetyczna jest w rzeczywistości wyścigiem o budowę nowej architektury energetycznej świata, pytanie nie brzmi już tylko kto szybciej odejdzie od węgla.
Prawdziwe pytanie brzmi:
czy Europa naprawdę bierze udział w tym wyścigu, czy tylko obserwuje go z boku?


Magdalena Jurczuk

Źródła:

Czy OZE mają swoją „Cieśninę Ormuz”?


Geopolityczne wąskie gardła transformacji energetycznej (2025 - 2040)

Przez dekady bezpieczeństwo energetyczne świata zależało od kilku wąskich punktów na mapie. Cieśniny, rurociągi i porty decydowały o stabilności globalnego rynku energii.
Transformacja energetyczna nie usuwa jednak tych zależności.
Ona po prostu przenosi je w inne miejsca - z geografii surowców do geografii przemysłu.

W świecie paliw kopalnych geopolityka energii była stosunkowo prosta.
Kontrola nad złożami oraz nad szlakami transportowymi decydowała o stabilności rynku. System energetyczny opierał się na fizycznym przepływie surowców - a więc na geografii.
Najbardziej symbolicznym przykładem takiego punktu krytycznego jest Cieśnina Ormuz.
To wąski korytarz morski między Iranem a Omanem, przez który przechodzi około jedna piąta globalnego handlu ropą naftową. Każdy kryzys w regionie Zatoki Perskiej natychmiast odbija się na cenach energii na świecie.

Transformacja energetyczna zmienia jednak naturę tego ryzyka.
OZE nie są zależne od jednego szlaku transportowego paliwa. Energia słoneczna czy wiatrowa nie musi przepływać przez cieśniny ani rurociągi.
Zamiast tego pojawiają się nowe wąskie gardła - przemysłowe, technologiczne i materiałowe.

Strategiczne pytanie brzmi więc:
Czy transformacja energetyczna tworzy własne odpowiedniki „Cieśniny Ormuz”?
Coraz więcej analiz wskazuje, że tak.
Tyle że nie znajdują się one na mapach szlaków morskich, lecz w strukturze globalnych łańcuchów dostaw technologii energetycznych.

Fabryka transformacji energetycznej
Pierwszym i najważniejszym potencjalnym chokepointem jest koncentracja produkcji technologii energetycznych w jednym kraju - Chinach.
Według analiz International Energy Agency około 80–90% globalnej produkcji wafli fotowoltaicznych powstaje w Chinach, a ponad 75% produkcji modułów PV znajduje się w chińskich fabrykach.
Dominacja obejmuje również produkcję polysiliconu oraz przetwarzanie wafli.
Oznacza to, że globalna transformacja energetyczna w dużej mierze zależy od jednego systemu przemysłowego.
Nie jest to klasyczny chokepoint transportowy - taki jak Cieśnina Ormuz.
To wąskie gardło produkcyjne.
Ryzyko nie polega na zablokowaniu cieśniny, lecz na koncentracji zdolności przemysłowych w jednym miejscu.
Potencjalne napięcia mogą wynikać z konfliktów handlowych, rywalizacji technologicznej, ograniczeń eksportowych czy zakłóceń logistycznych.
W mojej ocenie jest to jedna z najbardziej fundamentalnych zmian w logice rynku energii.
Energia przyszłości będzie bowiem w coraz większym stopniu zależeć nie tylko od zasobów naturalnych, lecz od zdolności przemysłowych gospodarek.

Metale krytyczne - nowa geopolityka energii
Drugim potencjalnym „Hormuzem transformacji” są surowce krytyczne.
Energetyka odnawialna, magazyny energii i elektromobilność wymagają dużych ilości litu, niklu, kobaltu oraz metali ziem rzadkich.
Problem nie polega jednak wyłącznie na ich wydobyciu.
Kluczowe jest przetwarzanie i rafinacja, które są silnie skoncentrowane geograficznie.
Około 70% rafinacji litu odbywa się w Chinach.
Blisko 90% rafinacji metali ziem rzadkich znajduje się w tym samym kraju.
Jednocześnie ponad 70% globalnego wydobycia kobaltu pochodzi z Demokratycznej Republiki Konga.
Według analiz International Renewable Energy Agency taka koncentracja może stać się jednym z głównych ryzyk geopolitycznych transformacji energetycznej.
W systemie paliw kopalnych wąskie gardła były logistyczne.
W systemie OZE stają się metalurgiczne i przemysłowe.
To oznacza przesunięcie geopolityki energii z geografii surowców do geografii przemysłu.

Sieci i transformery - zapomniane wąskie gardło
Trzecim potencjalnym chokepointem transformacji jest infrastruktura elektroenergetyczna.
Rozwój odnawialnych źródeł energii wymaga ogromnej rozbudowy sieci przesyłowych, stacji transformatorowych oraz połączeń HVDC.
Jednocześnie globalna produkcja dużych transformatorów jest ograniczona i bardzo kapitałochłonna.
W wielu krajach czas oczekiwania na transformator wynosi dziś od dwóch do czterech lat.
Analizy ENTSO-E wskazują, że po 2030 roku to właśnie infrastruktura sieciowa może stać się największym ograniczeniem integracji odnawialnych źródeł energii.
Transformacja energetyczna nie polega bowiem wyłącznie na budowie nowych mocy wytwórczych.
Wymaga również systemu zdolnego tę energię przesłać i zbilansować.

Logistyka energetyki wiatrowej
W przypadku energetyki wiatrowej pojawia się jeszcze jeden potencjalny chokepoint - logistyka wielkogabarytowa.
Rozwój offshore wind napotyka dziś na kilka ograniczeń:
– ograniczoną liczbę statków instalacyjnych
– transport łopat turbin o długości nawet 80–120 metrów
– przepustowość portów instalacyjnych
Wraz z przyspieszeniem projektów offshore w Europie i Azji rośnie ryzyko, że zdolności instalacyjne staną się wąskim gardłem całego sektora.

Nowa geopolityka energii
Transformacja energetyczna nie eliminuje geopolityki rynku energii.
Ona ją przekształca.
System paliw kopalnych był zależny od:
– złóż
– transportu surowców
– wąskich gardeł morskich

System OZE zależy przede wszystkim od:
– produkcji technologii
– rafinacji metali krytycznych
– infrastruktury sieciowej
– zdolności przemysłowych

Najważniejsza różnica jest jednak fundamentalna.
Ropa musi przepłynąć przez konkretne miejsce na mapie.
Technologie energetyczne można produkować w wielu miejscach świata - ale tylko wtedy, gdy istnieją fabryki, kapitał i czas na ich budowę.

Czy Europa potrafi wyjść z tych chokepointów?
Dla Europy pytanie o wąskie gardła transformacji energetycznej nie jest już tylko kwestią analityczną.
Staje się pytaniem strategicznym.
Jeżeli bowiem główne zależności nowego systemu energetycznego przesuwają się z geopolityki surowców w stronę geopolityki przemysłu, oznacza to, że przyszłość transformacji będzie w coraz większym stopniu zależeć od zdolności produkcyjnych.
A te - przynajmniej dziś - w dużej mierze znajdują się poza Europą.

W mojej ocenie jest to jedna z najbardziej niedocenianych zmian w globalnej transformacji energetycznej.
Przez lata europejska debata koncentrowała się głównie na celach klimatycznych, regulacjach oraz tempie rozwoju OZE.
Znacznie rzadziej zadawano pytanie, gdzie powstają technologie, które tę transformację umożliwiają.
Dopiero w ostatnich latach zaczęło być jasne, że energia przyszłości to nie tylko farmy wiatrowe czy instalacje fotowoltaiczne.
To również przemysł, który je produkuje.
Dlatego Unia Europejska rozpoczęła budowę nowej polityki przemysłowej dla transformacji energetycznej. Powstały instrumenty takie jak Net Zero Industry Act czy Critical Raw Materials Act, których celem jest zwiększenie europejskiej produkcji technologii energetycznych oraz dywersyfikacja dostaw surowców strategicznych.
Budowa takich zdolności wymaga jednak czasu, kapitału i stabilnej polityki przemysłowej.
A w globalnej gospodarce konkurencja o technologie transformacji energetycznej jest coraz intensywniejsza.

W XXI wieku o bezpieczeństwie energetycznym państw nie będzie decydować to, kto kontroluje złoża surowców - lecz to, kto kontroluje fabryki technologii, które zastępują paliwa kopalne.


Magdalena Jurczuk

Źródła:

  • International Energy Agency
  • International Renewable Energy Agency
  • ENTSO-E
  • European Commission

Elastyczność jako nowa waluta

W latach 2015 - 2022 przewaga konkurencyjna w OZE była relatywnie prosta do zdefiniowania. Liczył się koszt technologii, dostęp do finansowania i jakość lokalizacji. System elektroenergetyczny stanowił istotne tło, lecz w dużej mierze przewidywalne.
Model finansowy opierał się na produkcji i cenie energii.
Dziś to założenie przestaje wystarczać.

Moim zdaniem wchodzimy w moment, w którym sama zdolność wytworzenia energii nie jest już wystarczającą przewagą konkurencyjną. Rynek dojrzewa, a wraz z jego dojrzałością rośnie znaczenie czynników wcześniej traktowanych jako drugoplanowe:
- parametrów systemowych,
- zasad bilansowania,
- struktury kontraktów oraz dostępu do sieci.

W latach 2026 - 2030 system przestaje być tłem. Zaczyna współtworzyć wartość i ryzyko projektów, o wartości aktywów energetycznych nie będzie już decydować wyłącznie koszt wytworzenia megawatogodziny, lecz zdolność dostarczania elastyczności. Energia w określonych godzinach staje się dobrem obfitym. Deficytowa staje się zdolność jej przesunięcia w czasie, ograniczenia lub stabilizacji parametrów pracy systemu.
To, w mojej ocenie, zmiana strukturalna, a nie cykliczna korekta rynku.

System jako współautor przychodu
W Polsce symptomem tej zmiany są komunikaty i działania Polskie Sieci Elektroenergetyczne dotyczące nierynkowego redysponowania instalacji fotowoltaicznych oraz zasad rekompensat.
Curtailment przestaje być zjawiskiem incydentalnym. Staje się narzędziem operacyjnym, osadzonym w procedurze i rozliczeniu.
Według mojej interpretacji to moment przejścia z fazy „adaptacji systemu do OZE” do fazy „zarządzania OZE przez system”.

Inwestor nie modeluje już wyłącznie uzysku i ceny energii. Modeluje również: prawdopodobieństwo ingerencji systemowej, warunki rekompensaty, czas jej wypłaty, wpływ na cashflow i DSCR.
To właśnie tutaj pojawia się nowe, niedoszacowane źródło ryzyka - ryzyko proceduralne i operacyjne.
System wchodzi do arkusza kalkulacyjnego nie jako zmienna egzogeniczna, lecz jako czynnik endogeniczny.

Równolegle rośnie znaczenie rynku bilansującego. Jest to jeden z najbardziej strategicznych elementów transformacji. W systemie z wysokim udziałem OZE bilansowanie nie jest już kosztem ale rynkiem, na którym wyceniana jest zdolność reakcji.

Europa: od „więcej OZE” do „lepszej integracji OZE”
Ten kierunek nie jest wyłącznie polską specyfiką. European Commission w reformie rynku energii wzmacnia rolę kontraktów długoterminowych jako narzędzi stabilizacji przychodów. ENTSO-E konsekwentnie akcentuje znaczenie planowania sieci i zasobów elastycznych w kontekście adekwatności systemu. Europa przechodzi z fazy deploy more renewables do fazy control and integrate renewables.
Pierwsza faza była zdominowana przez skalę.
Druga będzie zdominowana przez jakość integracji. To subtelna, ale fundamentalna zmiana logiki rynku.

Gdzie naprawdę zmienia się pieniądz?
Największa zmiana zachodzi w strukturze przychodów. W środowisku rosnącej penetracji PV ceny energii w godzinach szczytu produkcji podlegają presji spadkowej. Korelacja między generacją a niską ceną rośnie. Efekt cannibalisation przestaje być teoretycznym ryzykiem.
Moim zdaniem to właśnie ten mechanizm będzie kluczowym wyzwaniem dla modeli merchant w latach 2026–2030. Nie dlatego, że ceny będą permanentnie niskie, lecz dlatego, że zmienność i asymetria cenowa będą rosły.
W tym kontekście magazyn energii przestaje być opcjonalnym dodatkiem a staje się aktywem walutowym systemu.
Sprzedaje nie energię, lecz elastyczność - czyli zdolność przesunięcia wartości w czasie.

Energia vs. elastyczność - zmiana modelu ekonomicznego

Ryzyka systemowe jako nowa kategoria
Moim zdaniem w analizach inwestycyjnych niedoszacowana pozostaje kategoria ryzyka systemowego. Nie chodzi o blackout czy ekstremalne zdarzenia. Chodzi o stopniową zmianę zasad gry:
- parametry usług systemowych,
- sposób rozliczeń RB,
- zasady przyłączeń,
- podział kosztów modernizacji sieci,
- konstrukcję rynku mocy i aukcji.

W mojej opinii transformacja wchodzi w etap, w którym ryzyko regulacyjne i systemowe będzie równie istotne jak ryzyko cenowe.
To wymaga innej kompetencji po stronie inwestora. Bliższej analizie polityk publicznych i architektury rynku niż wyłącznie analizie technologicznej.

Technologia nie jest już problemem
Koszty PV są niskie i przewidywalne. Koszty BESS spadają. Systemy sterowania są coraz bardziej zaawansowane.
Barierą nie jest dziś sprzęt. Barierą jest architektura rynku i zdolność systemu do absorpcji nadpodaży energii.
Technologia rozwiązuje problem fizyczny.
Regulacja decyduje o wartości ekonomicznej rozwiązania.

Wniosek: waluta nowego systemu
Dlatego uważam, że elastyczność staje się nową walutą systemu. Nie dlatego, że energia przestała być potrzebna.
Lecz dlatego, że w określonych godzinach przestaje być dobrem rzadkim. Wartość przesuwa się:
z produkcji → na stabilizację,
z ilości → na reakcję,
z MWh → na MW dostępny w odpowiednim momencie.
Moim zdaniem inwestorzy, którzy będą koncentrować się wyłącznie na kosztach budowy i prognozach cen energii, mogą niedoszacować nowego wymiaru ryzyka.
Przewagą konkurencyjną nie będzie już tylko dostęp do gruntu i kapitału.
Będzie nią zdolność integracji z systemem oraz rozumienie reguł, według których system działa.
Transformacja energetyczna wchodzi w fazę dojrzałości.
A dojrzałość mierzy się nie ilością wyprodukowanej energii, lecz zdolnością jej stabilnego i elastycznego wykorzystania.


Magdalena Jurczuk

Źródła:

  • Polskie Sieci Elektroenergetyczne
  • European Commission
  • ENTSO-E
  • Pexapark
  • Aurora Energy Research
  • International Energy Agency
  • Agora Energiewende

Największe ryzyka systemowe dla OZE i BESS w Polsce (2026–2030)

Polska transformacja energetyczna wchodzi w najbardziej wymagającą fazę.
Lata 2026–2030 nie będą czasem ekscytacji nowymi megawatami ani wyścigu na komunikaty prasowe. Będą testem odporności modelu energetycznego państwa - jego architektury regulacyjnej, zdolności absorpcji kapitału oraz realnej konkurencyjności gospodarki.
Największe ryzyko dla OZE i magazynów energii nie leży dziś w technologii. Nie dotyczy parametrów baterii ani sprawności modułów. Leży w strukturze rynku, w zdolności systemu do absorpcji nowych mocy oraz w przewidywalności otoczenia regulacyjnego.
To przesunięcie ciężaru z pytania „czy projekt powstanie” na pytanie „czy projekt będzie stabilnie pracował i generował przewidywalny cash flow w systemie o rosnącej zmienności”.

Sieci jako granica wzrostu
Polski system elektroenergetyczny został zaprojektowany dla modelu scentralizowanego, opartego na dużych blokach węglowych i jednokierunkowym przepływie energii. Transformacja oznacza system rozproszony, dynamiczny, z dwukierunkowym przepływem mocy i rosnącą rolą magazynów energii.
To zderzenie dwóch architektur. W praktyce oznacza rosnące koszty przyłączeń, większe ryzyko odmów, redysponowanie oraz coraz częstsze ograniczenia generacji.
Projekt posiadający warunki przyłączenia nie jest już równoznaczny z projektem o stabilnym profilu pracy.Jeżeli infrastruktura nie nadąży za tempem przyrostu generacji, koszt integracji zacznie rosnąć szybciej niż przychody z nowych mocy. Wówczas energia przestaje być przewagą kosztową, a zaczyna być czynnikiem ryzyka.

Regulacje jako czynnik kosztu kapitału
Lata 2026–2030 to okres dalszych reform rynku energii w Unii Europejskiej, zmian w rynku mocy, implementacji CBAM i ETS2 oraz redefinicji roli magazynów energii w systemie.
Zmiany regulacyjne są nieuniknione. Problemem nie jest sama reforma, lecz tempo i niepewność kierunku.
Cykl inwestycyjny projektu OZE trwa kilka lat. Regulacje potrafią zmienić się szybciej. W efekcie ryzyko regulacyjne przestaje być abstrakcyjnym zagrożeniem - staje się bezpośrednim ryzykiem finansowym.
Bankowalność projektu coraz częściej zależy nie tylko od jakości technologii czy kontraktu EPC, lecz od przewidywalności państwa jako architekta rynku. Koszt kapitału zaczyna odzwierciedlać poziom zaufania do systemu.
W dłuższym horyzoncie to właśnie stabilność reguł gry zdecyduje, czy Polska będzie przyciągać inwestycje, czy konkurować wyższą premią za ryzyko.

Zmienność cen i koniec prostych modeli
Wzrost mocy PV prowadzi do presji cenowej w godzinach południowych. Coraz częstsze ujemne ceny i rosnąca zmienność godzinowa zmieniają logikę rynku. Modele oparte na prostych założeniach cenowych tracą aktualność.
Magazyny energii są odpowiedzią systemową, ale ich rentowność nie jest automatyczna. Jeżeli większość rynku opiera modele na podobnym założeniu arbitrażu, marża zaczyna się kompresować.
Przewagę zyskują projekty o lepszej lokalizacji sieciowej, dostępie do usług systemowych, zdolności do pracy w trybie grid-forming oraz przemyślanej strukturze kontraktowej.
Rynek wchodzi w fazę selektywności. Skala przestaje wystarczać. Znaczenia nabiera jakość struktury.

Kapitał jako filtr
Instytucje finansowe coraz ostrożniej podchodzą do ekspozycji merchant, scenariuszy cenowych i ryzyk sieciowych. Projekty o agresywnych założeniach przychodowych będą miały trudności z domknięciem finansowania.
Koszt kapitału premiuje dziś realistyczne scenariusze, konserwatywne modele i profesjonalne zarządzanie ryzykiem.
Profesjonalizacja przestaje być przewagą. Staje się warunkiem przetrwania.

Ryzyko systemowe – wymiar makroekonomiczny
Najbardziej złożone zagrożenie ma charakter systemowy.
Jeżeli generacja rośnie szybciej niż infrastruktura, magazyny energii nie mają jasno określonej roli w systemie, rynek mocy wysyła nieoptymalne sygnały inwestycyjne, a przemysł nie ma stabilnego dostępu do konkurencyjnej zielonej energii - transformacja zaczyna generować koszt zamiast przewagi konkurencyjnej.
Wówczas problem nie dotyczy pojedynczego projektu. Dotyczy modelu funkcjonowania całej gospodarki.

Polska na tle USA i Chin
Ryzyka systemowe w Polsce należy analizować w kontekście globalnej konkurencji.
W Stanach Zjednoczonych transformacja została sprzężona z polityką przemysłową. Inflation Reduction Act zapewnił wieloletnią przewidywalność mechanizmów wsparcia i obniżył premię za ryzyko regulacyjne. Energia odnawialna i magazyny energii są tam narzędziem budowy przewagi technologicznej oraz przyciągania kapitału.
Chiny konsekwentnie łączą skalę z kontrolą systemową. Rozwój OZE, sieci i przemysłu bateryjnego jest elementem długoterminowej strategii państwowej. Transformacja służy wzmacnianiu pozycji eksportowej i bezpieczeństwa energetycznego.Europa znajduje się pomiędzy tymi modelami. Z jednej strony wdraża ambitne regulacje klimatyczne i mechanizmy ochrony rynku, takie jak CBAM. Z drugiej – mierzy się z wyższym kosztem energii, fragmentacją regulacyjną i rosnącą presją konkurencyjną.
Dla Polski oznacza to jedno: ryzyka systemowe mają bezpośredni wymiar konkurencyjny. Jeżeli koszt integracji OZE i BESS będzie rósł szybciej niż efektywność systemu, kapitał zacznie wybierać jurysdykcje o niższej premii za ryzyko.
Kapitał jest mobilny. Produkcja jest mobilna. Energochłonny przemysł również.

2026–2030: test odporności modelu
Liczba ogłoszonych megawatów przestanie być miarą sukcesu.
Znaczenie zyskają integracja z siecią, przewidywalność regulacyjna, struktura finansowa i zdolność do zarządzania zmiennością.
Dla zarządów oznacza to jedno: przewaga konkurencyjna nie będzie wynikała z tempa ekspansji, lecz z odporności modelu biznesowego.
Transformacja energetyczna w Polsce nie wchodzi w fazę spektakularnego ryzyka.
Wchodzi w fazę odpowiedzialności - za kapitał, za system i za miejsce Polski w globalnym układzie sił.


Magdalena Jurczuk

Źródła:

  • Polskie Sieci Elektroenergetyczne (PSE)
  • European Commission (DG ENER)
  • ACER & ENTSO-E
  • IEA – World Energy Outlook
  • BloombergNEF / Pexapark

Transformacja 2030: kto finansuje system, a kto korzysta?

Transformacja energetyczna w Europie jest najczęściej opisywana jako projekt technologiczny.
Więcej odnawialnych źródeł energii. Więcej magazynów.
Więcej elektryfikacji.

W rzeczywistości jednak jest to największe od dekad przesunięcie kapitału w europejskiej gospodarce.

Do 2030 roku Unia Europejska musi zmobilizować skalę inwestycji, która jeszcze kilka lat temu wydawała się nierealna. Według szacunków European Commission realizacja celów klimatycznych wymaga około 620 miliardów euro dodatkowych inwestycji rocznie w całej gospodarce UE. International Energy Agency wskazuje, że w scenariuszach zgodnych z celami klimatycznymi inwestycje w sektor elektroenergetyczny w Europie muszą przekraczać 400 miliardów euro rocznie.

To nie są abstrakcyjne liczby. To realne strumienie finansowe, które muszą zostać wygenerowane, sfinansowane i odzyskane przez system.

Pytanie nie brzmi więc, czy transformacja się wydarzy. Pytanie brzmi, kto za nią zapłaci i kto będzie beneficjentem tego procesu.

Europejski rynek energii nie jest klasycznym wolnym rynkiem. Jest rynkiem projektowanym regulacyjnie. Mechanizmy takie jak ETS, reformy rynku energii, CfD czy rynek mocy nie tylko kształtują miks energetyczny.

One projektują przepływy finansowe. Decydują o tym, które aktywa mają stabilny, przewidywalny przychód, które podmioty otrzymują regulowaną stopę zwrotu, a kto ponosi ekspozycję na ryzyko cenowe i zmienność rynku hurtowego.

Weźmy infrastrukturę sieciową. ENTSO-E szacuje, że inwestycje w rozbudowę i modernizację sieci przesyłowych oraz integrację rynku do 2030 roku mogą przekroczyć 500 miliardów euro. Operatorzy realizują te projekty w modelu regulowanym, z określoną stopą zwrotu na kapitale. Finansowanie jest odzyskiwane poprzez taryfy.

Ostatecznie koszt modernizacji systemu trafia do rachunku odbiorcy końcowego.
Podobny mechanizm widać w obszarze bezpieczeństwa dostaw.
W Polsce ceny w aukcjach rynku mocy na lata dostaw 2028–2029 przekraczały 400 zł/kW/rok, a w wybranych segmentach zbliżały się do poziomu 450 zł/kW/rok, zgodnie z opublikowanymi wynikami aukcji PSE.

W Wielkiej Brytanii mechanizm capacity market to około miliard funtów rocznie finansowanych przez odbiorców. Bezpieczeństwo systemu staje się coraz droższe, a koszt stabilności jest wprost doliczany do rachunku za energię.

Równolegle właściciele aktywów OZE w wielu krajach funkcjonują w modelach zabezpieczonego przychodu. Kontrakty różnicowe, systemy feed-in premium czy długoterminowe PPA stabilizują cash flow i ograniczają ekspozycję na zmienność rynku hurtowego. Dla inwestora oznacza to przewidywalność i możliwość finansowania projektów w oparciu o długoterminowe modele bankowe. Dla systemu oznacza to przeniesienie części ryzyka na mechanizmy regulacyjne i odbiorców.

Fundusze infrastrukturalne i inwestorzy instytucjonalni coraz częściej traktują energetykę jako klasę aktywów o stabilnym, regulowanym przepływie pieniężnym. Sieci, projekty z CfD czy instalacje zabezpieczone PPA tworzą długoterminowe, przewidywalne cash flow. Dla kapitału jest to atrakcyjny profil ryzyka. Dla systemu - zobowiązanie finansowe rozpisane na dekady.

W Polsce ciężar finansowania transformacji rozkłada się przede wszystkim na:
- odbiorców końcowych poprzez
taryfy i opłaty systemowe,
- przemysł poprzez wyższe ceny energii i koszty regulacyjne,
- podatników poprzez programy wsparcia i instrumenty publiczne.

Koszty są rozłożone w czasie i rozproszone w rachunkach oraz cenach produktów, dlatego rzadko są postrzegane jako jeden spójny mechanizm finansowania.

Równocześnie powstaje grupa podmiotów korzystających z przewidywalności systemu. Właściciele regulowanych aktywów, inwestorzy infrastrukturalni, producenci technologii oraz podmioty funkcjonujące w modelach zabezpieczonego przychodu otrzymują stabilne, długoterminowe strumienie finansowe. To nie jest ocena moralna. To opis architektury finansowej transformacji.

Warto spojrzeć na ten model w szerszym kontekście. W Stanach Zjednoczonych transformacja jest w dużej mierze wspierana poprzez instrumenty fiskalne, takie jak ulgi podatkowe i bezpośrednie wsparcie inwestycyjne w ramach Inflation Reduction Act. Część kosztu ponosi budżet federalny, a ceny energii dla przemysłu pozostają istotnie niższe niż w Europie.

W Chinach z kolei rozwój OZE i infrastruktury odbywa się w modelu silnie koordynowanym państwowo, przy dostępie do preferencyjnego finansowania i niższych kosztach systemowych. To pozwala na szybką skalę inwestycji bez bezpośredniego przenoszenia pełnego kosztu na odbiorcę końcowego w takim stopniu jak w modelu europejskim.

Na tym tle europejska transformacja opiera się w większym stopniu na mechanizmach taryfowych i regulacyjnych.

To rodzi pytanie nie tylko o tempo dekarbonizacji, ale również o długoterminową konkurencyjność gospodarki.

Kluczowe pytanie dotyczy proporcji. Czy podział ryzyka i korzyści jest długoterminowo zrównoważony?

Czy odbiorca końcowy realnie rozumie, za co płaci i jakie elementy rachunku finansują bezpieczeństwo, dekarbonizację czy stabilność systemu? Czy obecny model właściwie wycenia ryzyko, czy raczej je redystrybuuje pomiędzy uczestnikami rynku?

Transformacja energetyczna nie jest wyłącznie projektem klimatycznym. Jest projektem finansowym, regulacyjnym i gospodarczym.

To rozmowa, którą warto prowadzić dziś – zanim 2030 stanie się momentem rozliczenia modelu, który właśnie budujemy.


Magdalena Jurczuk

Źródła:

  • European Commission – dokumenty dotyczące European Green Deal Investment Plan, Fit for 55 oraz REPowerEU (2023–2024).
  • International Energy Agency – World Energy Investment 2023 / 2024 oraz scenariusze Net Zero.
  • ENTSO-E – Ten-Year Network Development Plan (TYNDP) 2022 oraz aktualizacje 2024.
  • Polskie Sieci Elektroenergetyczne – wyniki aukcji rynku mocy na lata dostaw 2028–2029.
  • UK Government / National Grid ESO – dane dotyczące Capacity Market.

Koniec epoki 7 €ct/Wp

Dlaczego ceny modułów PV rosną i co to realnie oznacza dla LCOE i IRR projektów utility scale w UE.
Przez ostatnie kilkanaście miesięcy globalny rynek fotowoltaiki funkcjonował w warunkach cenowych, które z perspektywy ekonomicznej były trudne do utrzymania. Moduły fotowoltaiczne oferowane po około 7 €ct/Wp stały się w Europie nowym punktem odniesienia. Wpłynęły na modele finansowe projektów, oczekiwania inwestorów oraz sposób postrzegania ryzyka. Dla wielu uczestników rynku ta cena zaczęła wyglądać jak nowa normalność.

Dziś ten punkt odniesienia znika.
Nie jest to ani przypadek, ani chwilowa korekta.
Cena na poziomie około 7 €ct/Wp nie była efektem trwałej poprawy efektywności technologicznej ani równowagi popytu i podaży. Była rezultatem splotu kilku czynników, które razem stworzyły środowisko cenowe oderwane od realnych kosztów produkcji. Kluczową rolę odgrywały ulgi podatkowe na eksport z Chin, pozwalające producentom oddawać część podatku w cenie sprzedaży, nadpodaż mocy produkcyjnych zbudowanych masowo w latach 2021–2023 oraz świadome spalanie marż, czyli sprzedaż poniżej kosztu pełnego w celu utrzymania wolumenu i płynności.

W praktyce był to dumping strukturalny, tolerowany przez państwo tylko tak długo, jak służył konsolidacji globalnego rynku i eliminacji słabszych graczy. Nie był to stabilny punkt równowagi, lecz cena likwidacyjna.

Likwidacja ulg VAT na eksport komponentów PV bywa dziś sprowadzana do prostego hasła „9 procent w górę”. To jednak uproszczenie, które nie oddaje istoty zmiany. VAT rebate był narzędziem negocjacyjnym, a nie sztywną dopłatą. Jego usunięcie zlikwidowało dolny próg cenowy, przy którym produkcja przestawała mieć ekonomiczny sens, a jednocześnie wysłało jasny sygnał polityczny o końcu subsydiowania globalnego dumpingu cenowego.

Równolegle w Chinach zachodzą procesy strukturalne. Zamykane są najmniej efektywne linie produkcyjne oparte na starszych technologiach, sektor konsoliduje się wokół dużych, pionowo zintegrowanych producentów, a eksport staje się selektywny zamiast nastawionego wyłącznie na maksymalizację wolumenu. To nie jest korekta cykliczna. To zmiana zasad gry.

W tym kontekście obecne oferty na pierwszą połowę 2026 roku nie są chaotyczne. Są logicznie zsegmentowane. Najniższy poziom cenowy, rzędu 9–10 €ct/Wp, dotyczy dużych wolumenów i kontraktów ramowych na standardowe moduły. Wyższy przedział, około 10,5–11,5 €ct/Wp, obejmuje moduły Tier 1 w pełni bankowalne dla projektów finansowanych w formule project finance w Unii Europejskiej. Najwyższe ceny, sięgające 12–12,5 €ct/Wp, dotyczą krótkich terminów dostaw, wysokiej specyfikacji technicznej i kontraktów stricte projektowych. Ten rozkład pokazuje jedno. Rynek wrócił do logiki koszt plus marża.

Kluczowe pytanie brzmi jednak nie „dlaczego ceny rosną”, lecz „co to realnie robi z ekonomiką projektów”.
Jeżeli spojrzeć na typowy projekt utility scale w UE o mocy około 100 MWp, to przy ekstremalnie tanich modułach całkowity CAPEX mieścił się w przedziale 500–550 €/kWp. Wzrost ceny modułu z 7 do 9 €ct/Wp oznacza dodatkowe około 20 €/kWp, a więc wzrost całkowitego CAPEX do poziomu około 520–570 €/kWp. Przy cenie 12 €ct/Wp różnica wynosi około 50 €/kWp, co przekłada się na CAPEX rzędu 550–600 €/kWp. W ujęciu procentowym mówimy więc o wzroście kosztu projektu o kilka procent, a nie o fundamentalnym załamaniu ekonomiki.

Ten wzrost przekłada się na koszt wytwarzania energii. Przy cenie modułu 9 €ct/Wp LCOE rośnie przeciętnie o około 1–2 €/MWh. Projekty, które wcześniej mieściły się w przedziale 38–42 €/MWh, zaczynają generować energię po kosztach rzędu 40–44 €/MWh. Przy cenie 12 €ct/Wp wzrost LCOE sięga około 3–4 €/MWh, co oznacza poziomy 41–46 €/MWh. Nadal są to wartości konkurencyjne w realiach europejskiego rynku energii.

Wpływ na wewnętrzną stopę zwrotu jest bardziej odczuwalny, ale wciąż nie destrukcyjny. Przy sprzedaży energii w przedziale 55–65 €/MWh wzrost ceny modułów do 9 €ct/Wp obniża IRR projektu o około 0,3–0,5 punktu procentowego. Przy poziomie 12 €ct/Wp spadek sięga około 0,7–1 punktu procentowego. Projekty pozostają bankowalne, jednak z mniejszym marginesem błędu.

To prowadzi do zasadniczej zmiany jakościowej. Ekstremalnie tanie moduły przez ostatnie miesiące maskowały słabości projektów. Pozwalały kompensować ryzyka przyłączeniowe, napięte harmonogramy, niedoszacowany CAPEX EPC czy nadmiernie optymistyczne założenia produkcyjne. W nowym reżimie cenowym ta poduszka bezpieczeństwa znika.

Droższe moduły nie zabijają fotowoltaiki w Europie. Zabijają projekty słabo przygotowane, oparte wyłącznie na założeniu, że niska cena sprzętu rozwiąże wszystkie inne problemy. Z pipeline’u wypadają inwestycje spekulacyjne, a przewagę zyskują projekty dobrze zaprojektowane, realistycznie sfinansowane i oparte na długoterminowej logice.

Powrót do poziomu 7 €ct/Wp jest mało prawdopodobny, nawet przy okresowych spadkach popytu. Nie dlatego, że technologia nie pozwala produkować taniej, lecz dlatego, że nie ma już politycznej zgody w Chinach na utrzymywanie globalnego dumpingu cenowego.

Dla Europy oznacza to jedno. Fotowoltaika pozostaje jedną z najtańszych technologii wytwarzania energii, ale kończy się era, w której jej opłacalność była budowana na permanentnym zaburzeniu łańcucha dostaw. To nie kryzys cykliczny. To trwała zmiana reżimu rynkowego.


Magdalena Jurczuk

Źródła:

  • BloombergNEF – PV Module Price Index, Europe cost curves
  • IEA World Energy Outlook, Projected Costs of Generating Electricity
  • Fraunhofer ISE – benchmarki kosztów systemów PV
  • LazardLevelized Cost of Energy
  • PV Tech / PV Tech Premium – analizy cen i nadpodaży
  • InfoLink Consulting – raporty cenowe łańcucha PV
  • TrendForce / EnergyTrend – ceny spot i forward

Grid congestion jako nowe ryzyko inwestycyjne OZE po 2027 roku

Grid congestion coraz częściej staje się jednym z kluczowych ograniczeń rozwoju odnawialnych źródeł energii w Europie. Wraz z szybkim przyrostem mocy fotowoltaicznych i wiatrowych rośnie ryzyko przeciążeń sieci elektroenergetycznych, które po 2027 roku zacznie realnie wpływać na opłacalność i bankowalność projektów OZE.Przeciążenia sieci przestają być wyłącznie problemem technicznym operatorów. Coraz wyraźniej stają się istotnym czynnikiem ryzyka inwestycyjnego, porównywalnym z ryzykiem cenowym i regulacyjnym.W kolejnych latach to nie koszt wytwarzania energii, lecz zdolność sieci do jej absorpcji będzie coraz częściej decydować o tym, które projekty OZE powstaną, a które pozostaną jedynie na etapie planów.

Dlaczego punkt zwrotny przypada po 2027 roku
Rok 2027 nie jest konsekwencją jednej decyzji politycznej ani pojedynczego aktu prawnego. To moment, w którym nakładają się na siebie procesy rozwijające się od lat, lecz w wyraźnie różnym tempie. Pierwszym z nich jest bardzo szybki przyrost mocy odnawialnych źródeł energii, zwłaszcza instalacji fotowoltaicznych przyłączanych do sieci dystrybucyjnych. Rozwój infrastruktury SN i 110 kV nie nadąża za tempem nowych przyłączeń, co prowadzi do powstawania lokalnych nadwyżek energii. Problem nie dotyczy całych systemów krajowych, lecz konkretnych obszarów i konkretnych godzin. Drugim czynnikiem jest strukturalne opóźnienie inwestycji sieciowych. Od momentu podjęcia decyzji inwestycyjnej do uruchomienia nowej linii lub stacji transformatorowej mija często od siedmiu do dwunastu lat. W tym samym czasie cele OZE są aktualizowane znacznie częściej, a aukcje i mechanizmy wsparcia funkcjonują w oderwaniu od rzeczywistych harmonogramów inwestycyjnych operatorów systemów dystrybucyjnych i przesyłowych. Sieci niemal zawsze pozostają krok za rynkiem.Trzecim elementem jest ograniczona skuteczność reform rynku energii w obszarze fizycznych ograniczeń systemu. Nowe mechanizmy rynkowe poprawiają sygnały cenowe i zwiększają elastyczność, lecz nie zwiększają przepustowości linii ani mocy transformatorów. Ograniczenia techniczne pozostają niezmienne.

Jak w praktyce powstaje grid congestion
Grid congestion nie jest zjawiskiem abstrakcyjnym ani odległym od codziennego funkcjonowania rynku energii. Wbrew powszechnemu przekonaniu rzadko dotyczy wyłącznie sieci przesyłowej. Najczęściej pojawia się na poziomie sieci dystrybucyjnych, tam gdzie w krótkim czasie powstaje duża liczba instalacji fotowoltaicznych, a lokalny popyt na energię pozostaje ograniczony. W takich warunkach energia jest produkowana, lecz system nie ma fizycznej możliwości jej dalszego przesłania. Operatorzy reagują poprzez działania operacyjne, takie jak redispatch czy czasowe ograniczenia generacji. Coraz częściej stosowane są także warunki przyłączeniowe o ograniczonej gwarancji odbioru mocy. Kluczowa zmiana polega na tym, że koszty tych działań coraz rzadziej są w pełni socjalizowane w systemie, a coraz częściej przenoszone na wytwórców energii.

Dlaczego congestion staje się nowym typem ryzyka
Przeciążenia sieci istniały zawsze, lecz przez długi czas miały charakter marginalny i lokalny. Rzadko uwzględniano je w modelach finansowych projektów OZE. Obecnie sytuacja ulega zasadniczej zmianie. Grid congestion staje się zjawiskiem systemowym, trudnym do przewidzenia w czasie i silnie zależnym od lokalizacji. Dwa projekty o identycznych parametrach technicznych i porównywalnym koszcie wytwarzania energii mogą mieć zupełnie inny profil ryzyka wyłącznie ze względu na miejsce przyłączenia do sieci. Dla inwestorów oznacza to fundamentalną zmianę logiki oceny projektów.

Odpowiedź polityk europejskich i jej ograniczenia
Instytucje takie jak Komisja Europejska, ACER oraz ENTSO-E jednoznacznie identyfikują problem przeciążeń sieci i jego konsekwencje dla rynku energii. Wprowadzane są mechanizmy zwiększające elastyczność systemu oraz inicjatywy mające przyspieszyć inwestycje infrastrukturalne. Ograniczeniem pozostaje jednak czas. Narzędzia krótkoterminowe poprawiają bieżące zarządzanie systemem, lecz nie zmieniają strukturalnego profilu ryzyka inwestycyjnego. Inwestycje sieciowe, nawet przy uproszczonych procedurach, przyniosą realne efekty dopiero po 2030 roku. Do tego momentu luka regulacyjna, zwłaszcza w zakresie kompensacji ograniczeń generacji i sygnałów lokalizacyjnych, będzie się pogłębiać.

Konsekwencje dla inwestorów OZE
Dla inwestorów oznacza to konieczność zmiany podejścia do planowania i oceny projektów. Modele finansowe oparte na założeniu pełnej dostępności mocy stają się coraz mniej adekwatne. Analiza lokalnych uwarunkowań sieciowych przestaje być dodatkiem technicznym, a staje się jednym z kluczowych elementów due diligence. Magazyny energii i projekty hybrydowe mogą częściowo ograniczać ryzyko, lecz nie stanowią rozwiązania uniwersalnego. W wielu przypadkach bardziej racjonalną strategią okazuje się świadome ograniczenie mocy przyłączeniowej lub wybór lokalizacji lepiej zintegrowanej z systemem, nawet jeśli oznacza to wyższy koszt inwestycyjny.

Grid congestion jako mechanizm selekcji
Do 2030 roku możliwe są różne scenariusze rozwoju sytuacji, od utrwalenia congestion jako stałego kosztu funkcjonowania OZE, przez częściową korektę regulacyjną, aż po faktyczne ograniczenia przyłączeniowe w najbardziej przeciążonych regionach. Każdy z nich prowadzi do tego samego wniosku. Bez masowych i skoordynowanych inwestycji w sieci elektroenergetyczne transformacja będzie coraz trudniejsza do utrzymania ekonomicznie. Grid congestion nie jest zjawiskiem przejściowym. W nadchodzących latach stanie się jednym z głównych mechanizmów selekcji projektów OZE w Europie. W nowej fazie transformacji energetycznej wygrywać będą nie tylko projekty o niskim koszcie wytwarzania energii, lecz przede wszystkim te, które są najlepiej zintegrowane z systemem elektroenergetycznym i odporne na ograniczenia sieciowe.


Magdalena Jurczuk

Źródła:

  • ENTSO-E TYNDP 2022, 2024; System Needs Study 2030
  • ACER Market Monitoring Report (2022–2024)
  • European CommissionElectricity Market Design Reform IA; REPowerEU; Fit for 55
  • International Energy Agency Electricity Grids and Secure Energy Transitions
  • Bruegel Location-based signals and grid congestion
  • European Court of Auditors EU electricity grids not fit for rapid decarbonisation

Dlaczego Chiny mają tanią energię,
a Europa nie?

W Europie niska cena energii z OZE często budzi niepokój. Pojawiają się pytania o opłacalność, stabilność systemu i o to, kto finalnie ponosi koszty transformacji. W Chinach podobne wątpliwości praktycznie nie istnieją. Tania energia odnawialna nie jest tam skutkiem rynkowej anomalii ani chwilowej nadpodaży. Jest świadomym i długoterminowym celem systemu energetycznego oraz gospodarczego.

Różnica między Chinami a Europą nie leży w technologii. Te same panele fotowoltaiczne i turbiny wiatrowe pracują według identycznych praw fizyki. Kluczowa jest skala oraz sposób, w jaki państwo definiuje rolę energii w gospodarce. Chiny w ostatnich latach przekroczyły poziom ponad tysiąca gigawatów mocy zainstalowanej w odnawialnych źródłach energii, z czego dominującą część stanowi fotowoltaika i energetyka wiatrowa. Dla porównania cała Unia Europejska dysponuje około połową tej mocy.

Te liczby warto jednak czytać w odpowiednim kontekście. Chiny to kraj liczący ponad 1,4 miliarda mieszkańców, funkcjonujący w jednym, scentralizowanym systemie decyzyjnym. Unia Europejska to około 450 milionów ludzi, 27 państw i wiele równoległych systemów regulacyjnych, sieciowych i rynkowych. Patrząc na skalę kontynentu i jego złożoność, tempo rozwoju OZE w Europie jest w rzeczywistości bardzo wysokie. W przeliczeniu na mieszkańca Europa pozostaje jednym ze światowych liderów, a w wielu krajach udział OZE w miksie energetycznym przekracza 40–50 procent.

Problemem nie jest więc liczba zbudowanych gigawatów. Problemem jest to, że europejski system energetyczny nie był projektowany na tak wysoki udział niesterowalnych źródeł wytwórczych. Rozwój mocy wyprzedził rozwój sieci, magazynów energii i mechanizmów elastyczności. Europa najpierw zbudowała moce, a dopiero teraz próbuje dostosować do nich fundamenty systemu. Chiny rozwijają te elementy równolegle, traktując energetykę jako część szerszej strategii gospodarczej.

Różnice wyraźnie widać w kosztach inwestycyjnych. W Chinach koszt budowy wielkoskalowych instalacji OZE jest istotnie niższy niż w Europie, co wynika z ogromnej skali rynku, kontroli łańcucha dostaw oraz łatwiejszego dostępu do kapitału. To pozwala projektom funkcjonować przy znacznie niższych kosztach wytwarzania energii.

W praktyce energia z nowych instalacji OZE w Chinach może kosztować rzędu kilkunastu groszy za kilowatogodzinę, podczas gdy w Europie mówimy raczej o kilkudziesięciu groszach. Nawet przy ostrożnych założeniach oznacza to, że energia z OZE w Europie jest średnio od kilkudziesięciu do nawet blisko stu procent droższa niż w Chinach. Przywoływane w tekście wartości cen energii mają charakter orientacyjny i służą pokazaniu różnic rzędu wielkości. Kluczowa nie jest sama liczba, lecz logika systemu, w którym energia stanowi narzędzie konkurencyjności całej gospodarki.

Ta różnica w cenach energii nie kończy się na rachunkach za prąd. Bezpośrednio przekłada się na koszty produkcji oraz końcową cenę towarów i usług. W branżach energochłonnych, takich jak przemysł chemiczny, hutnictwo, produkcja aluminium, stali, baterii czy nawozów, energia może stanowić od kilkunastu do nawet 30–40 procent całkowitych kosztów wytworzenia. Każde kilkanaście groszy różnicy na kilowatogodzinie oznacza realną przewagę kosztową w skali masowej produkcji.

W praktyce firmy działające w Chinach są w stanie oferować swoje produkty taniej, zachowując marżę lub agresywnie konkurując ceną na rynkach eksportowych. W Europie wyższe ceny energii podnoszą koszt jednostkowy produktu jeszcze zanim pojawią się koszty pracy, transportu czy regulacji środowiskowych. Efekt końcowy widoczny jest w cenach dóbr konsumpcyjnych, materiałów budowlanych, produktów przemysłowych, a pośrednio także w cenach usług i poziomie inflacji.

Kluczową rolę odgrywa także infrastruktura sieciowa. Chiny w ciągu kilkunastu lat zbudowały dziesiątki tysięcy kilometrów linii ultra-wysokiego napięcia, umożliwiających przesył energii na ogromne odległości z regionów o najlepszych warunkach wiatrowych i słonecznych do centrów przemysłowych. Dzięki temu odnawialne źródła energii są elementem jednego, spójnego systemu krajowego, a nie lokalnym problemem bilansowym. W Europie brak sieci pozostaje jednym z głównych wąskich gardeł transformacji, a czas oczekiwania na przyłączenia liczony jest często w latach.

Chiny traktują energię jak infrastrukturę państwa, porównywalną z drogami, portami czy koleją. Europa traktuje ją jak produkt rynku finansowego. Ta fundamentalna różnica tłumaczy, dlaczego w Chinach energia z OZE może być jednocześnie tania i przewidywalna, a w Europie wciąż pozostaje droga i obarczona wysokim ryzykiem.

Tania energia odnawialna w Chinach nie jest błędem systemu. Jest jego fundamentem. Europa zrobiła bardzo dużo w zakresie budowy mocy. Teraz stoi przed trudniejszym zadaniem – przebudową całego systemu tak, aby te gigawaty mogły pracować stabilnie, tanio i w sposób, który realnie obniży koszty funkcjonowania gospodarki oraz ceny końcowe dla odbiorców.


Magdalena Jurczuk


Źródła:

  • IRENA – International Renewable Energy Agency
  • IEA – International Energy Agency
  • BloombergNEF (BNEF)
  • World Bank / OECD
  • Publicznie dostępne dane operatorów systemów elektroenergetycznych oraz analizy rynków energii w UE
    i Chinach.

Solar Energy Expo 2026: wnioski z rynku, który wchodzi w etap decyzji systemowych


Solar Energy Expo 2026 potwierdziło, że polska transformacja energetyczna weszła w nową fazę. To już nie jest rynek, na którym kluczowe pytanie brzmi: ile MW jeszcze zbudujemy. Coraz wyraźniej jest to rynek decyzji systemowych, których skutki będą widoczne przez kolejne dekady.

Panele dyskusyjne, rozmowy strategiczne i to, co najczęściej wybrzmiewało poza sceną, układają się w jeden spójny obraz. Tempo technologii wyprzedziło dojrzałość systemu.

Jeszcze kilka lat temu rozwój OZE był rozumiany głównie jako proces inwestycyjny. Dziś, przy udziale OZE na poziomie ok. 33% w miksie energetycznym, ten paradygmat przestaje działać. Elastyczność systemu nie jest już przewagą konkurencyjną. Staje się warunkiem ciągłości dostaw.

To dokładnie ten punkt, który pojawiał się zarówno w panelach Solar Energy Expo, jak i w rozmowach kuluarowych. Problemem nie jest brak projektów, lecz zdolność systemu do ich absorpcji.

Jednym z najsilniejszych sygnałów z rynku jest zmiana podejścia do magazynów energii. Coraz częściej projekty fotowoltaiczne nie otrzymują warunków przyłączenia bez komponentu BESS albo otrzymują je w formie, która znacząco ogranicza ich wartość ekonomiczną.

To oznacza fundamentalną zmianę. Magazyn energii przestaje być narzędziem poprawy IRR. Staje się elementem architektury systemu i pełni rolę „paszportu” projektu do sieci.

Nie jest to wniosek publicystyczny, lecz systemowy. Dane pokazują, że skala nierynkowego redysponowania energii w Polsce podwoiła się, przekraczając 1300 GWh rocznie.
W tej sytuacji rozwój BESS jest jedyną skuteczną drogą ograniczenia curtailmentu i stabilizacji systemu.

Mimo rosnącej liczby inwestycji, wciąż widoczna jest niska świadomość rzeczywistej roli magazynów energii.
W wielu rozmowach BESS są nadal analizowane wyłącznie przez pryzmat arbitrażu cenowego, krótkoterminowej rentowności lub dodatku „do projektu”.

Tymczasem zarówno panele Solar Energy Expo, jak i analizy systemowe jednoznacznie wskazują, że elastyczność staje się nową walutą rynku energii. Magazyny energii są kluczowym narzędziem stabilizacji częstotliwości
i napięcia, bilansowania systemu oraz zarządzania przeciążeniami sieci.

To różnica pomiędzy myśleniem projektowym a myśleniem systemowym.

W rozmowach branżowych bardzo często powracał temat modeli biznesowych magazynów energii. Dominowało przekonanie, że rynek dopiero zaczyna rozumieć ich pełny potencjał. Już dziś możliwe jest łączenie kilku strumieni przychodów – rynku mocy, arbitrażu cenowego i usług systemowych.

W praktyce barierą nie jest technologia, lecz niejednoznaczne regulacje, brak kompetencji operacyjnych oraz ograniczona aktywność agregatorów. To oznacza, że przewagę konkurencyjną w kolejnych latach zbudują nie ci, którzy mają najtańszy sprzęt, lecz ci, którzy rozumieją system i potrafią nim zarządzać.

Solar Energy Expo jasno pokazało również, że rynek wchodzi w fazę dużych, zintegrowanych projektów energetycznych. Skala inwestycji rośnie, a wraz z nią poziom ryzyka, znaczenie decyzji podejmowanych na wczesnym etapie oraz potrzeba kompetencji systemowych i regulacyjnych.

Firmy skoncentrowane wyłącznie na mniejszych, jednowymiarowych projektach PV będą działać w coraz trudniejszym otoczeniu. Nieprzypadkowo coraz więcej podmiotów przebudowuje swoje strategie wokół magazynów energii
i elastyczności systemu.

Tematem, który wyraźnie zdominował rozmowy kuluarowe podczas Solar Energy Expo, były także zmiany w polityce przemysłowej Chin. Ograniczanie ulg eksportowych dla sektora PV i baterii jest postrzegane jako sygnał końca epoki strukturalnie tanich technologii.

W praktyce oznacza to presję wzrostową na ceny modułów i baterii, większą zmienność kosztów projektów oraz konieczność uwzględniania ryzyk geopolitycznych i surowcowych w modelach finansowych. Planowanie inwestycji energetycznych wchodzi tym samym w nową fazę niepewności kosztowej, która dodatkowo wzmacnia znaczenie decyzji systemowych.

Najważniejszy wniosek z Solar Energy Expo 2026 nie dotyczy konkretnej technologii. Dotyczy odpowiedzialności za decyzje, które dziś mają bezpośredni wpływ na bezpieczeństwo systemu energetycznego i konkurencyjność gospodarki.

Transformacja energetyczna wchodzi w etap, w którym brak elastyczności staje się realnym kosztem, ryzyko systemowe przenosi się bezpośrednio na biznes, a decyzje energetyczne przestają być wyłącznie techniczne.

To moment, w którym energia staje się tematem zarządczym, a nie tylko inżynierskim.


Magdalena Jurczuk

Źródła i kontekst analizy:

  • dane z Polskich Sieci Elektroenergetycznych (PSE) dotyczące nierynkowego redysponowania OZE,
  • raport „Rozwój magazynów energii w Polsce” (styczeń 2026),
  • wnioski z paneli dyskusyjnych i rozmów branżowych prowadzonych podczas Solar Energy Expo 2026.

Podcast

Podcast The Power Shift
Rozmowy o decyzjach, które naprawdę kształtują transformację energetyczną.
Rozmawiam z liderami rynku, ekspertami i decydentami o tym: jak zmienia się rynek energii, gdzie dziś jest ryzyko, odpowiedzialność, jakie decyzje zdefiniują kolejne lata.
Bez uproszczeń. Bez PR-u.
Z perspektywy praktyki i realnych konsekwencji.
Nowe odcinki cyklicznie.

Współpraca

The Power Shift to projekt w fazie budowania - niezależna platforma poświęcona transformacji energetycznej, łącząca rozmowy, analizy i perspektywę decyzyjną. Projekt jest otwarty na współprace z partnerami, instytucjami
i ekspertami zainteresowanymi rozwojem merytorycznej debaty o przyszłości energii.

Kontakt

Jeśli chcesz porozmawiać o The Power Shift, potencjalnej współpracy lub inicjatywach na styku energii, regulacji i decyzji strategicznych - napisz.